LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 852

Robbo żegna Anfield jako legenda


Miejscem wydarzeń był pięciogwiazdkowy hotel Althoff Seehotel Überfahrt położony nad jeziorem Tegernsee w bawarskich Alpach.

Był koniec lipca 2017 roku. Andy Robertson dopiero co dołączył do Liverpoolu po transferze z Hull City za osiem milionów funtów i przyjechał na przedsezonowe zgrupowanie The Reds w Niemczech.

Upał dawał się we znaki, a intensywność pierwszych treningów pod wodzą Jürgena Kloppa okazała się dla szkockiego lewego obrońcy prawdziwym szokiem. Robertson musiał nadrabiać zaległości po tym, jak ominęło go wcześniejsze tournée Liverpoolu po Hongkongu.

Gdy usiadł w hotelowej sali konferencyjnej na pierwszy medialny wywiad jako piłkarz Liverpoolu, od razu było widać wdzięczność i ekscytację.

Opowiadał o przeszkodach, które musiał pokonać — choćby o tym, że w wieku 15 lat został odrzucony przez Celtic, bo uznano go za zbyt drobnego fizycznie.

– Patrząc z perspektywy czasu, to było najlepsze, co mogło mnie spotkać. Bardzo pomogło mi stać się człowiekiem, którym jestem dziś — mówił.

Robertson trafił wtedy do amatorskiego Queen’s Park, występującego na czwartym poziomie rozgrywkowym w Szkocji. W lipcu 2012 roku zadebiutował tam przeciwko Berwick Rangers przy zaledwie 372 kibicach na trybunach.

Kilka tygodni później 18-letni wówczas Robertson napisał w mediach społecznościowych:

"Życie w tym wieku jest beznadziejne, kiedy nie masz pieniędzy".

Żeby się utrzymać w czasie gry dla Queen’s Park, pracował na infolinii sprzedaży biletów na Hampden Park — narodowym stadionie Szkocji. Od 9 do 17 odbierał telefony, a godzinę później jechał już na trening.


Umówił się wtedy z rodzicami, że daje sobie jeszcze rok na spełnienie marzenia o profesjonalnej karierze piłkarskiej. Rozważał nawet zdobycie kwalifikacji nauczyciela wychowania fizycznego.

Plan B okazał się jednak niepotrzebny.

Dobra forma zapewniła mu transfer do Dundee United w 2013 roku, a już kilkanaście miesięcy później został wybrany najlepszym młodym piłkarzem w Szkocji, zadebiutował w seniorskiej reprezentacji i przeniósł się za trzy miliony funtów do Hull City, gdzie spędził kolejne trzy lata.

Latem 2017 roku Liverpool początkowo planował sprowadzenie Emersona Palmieriego z Romy, ale temat upadł po tym, jak Brazylijczyk zerwał więzadło krzyżowe.

Departament analiz Liverpoolu, kierowany przez Iana Grahama, wskazał wtedy Robertsona jako idealną alternatywę. W klubie uznano, że problemy całego Hull sprawiły, iż wielu rywali nie dostrzegło ofensywnego potencjału Szkota.

Pojawiały się pytania o niektóre aspekty jego gry w defensywie, ale Klopp przekazał Grahamowi, że da się to poprawić treningami i odpowiednim zabezpieczeniem ze strony pomocników. Niemca dużo bardziej interesowało to, co Robertson może dać zespołowi w ataku.

Wspominając pierwsze spotkanie z Kloppem, Robertson mówił:

– Menedżer wypytywał mnie o moją historię. Spodobała mu się droga, którą przeszedłem — od samego dna szkockiej piłki do miejsca, w którym jestem dziś. Kiedy zgłasza się po ciebie Liverpool, nie ma się nad czym zastanawiać.

Blisko dziewięć lat i 377 występów później Robertson przygotowuje się do pożegnania z Anfield.

Z tej okazji niedaleko stadionu — na rogu Tancred Road i Rockfield Road — odsłonięto mural poświęcony Szkotowi z napisem:

"Born in Glasgow, made in Liverpool".

Odchodzi jako klubowa legenda — z dwoma mistrzostwami Anglii, triumfem w Lidze Mistrzów, Superpucharem UEFA, Klubowymi Mistrzostwami Świata, Pucharem Anglii i dwoma Pucharami Ligi na koncie.

– Czuję się uprzywilejowany, że mogłem oglądać go przez tyle lat i ogromnie wdzięczny za wszystko, co dał temu klubowi — mówi przewodniczący Liverpoolu Tom Werner w rozmowie z The Athletic. – Andy jest skromny, ale jednocześnie niesamowicie zdeterminowany. Kibice kochają go, bo zawsze pokazuje emocje i nigdy niczego nie udaje. Najbardziej podziwiam w nim to, że każdą minutę gra tak, jakby była najważniejszą w meczu. Widać, ile to dla niego znaczy. Jego zaangażowanie nigdy się nie zmieniało.

– Odegrał ogromną rolę w sukcesach, które osiągnęliśmy przez ostatnią dekadę. Gdyby twój syn albo córka mieli zostać piłkarzami, chciałbyś, żeby grali właśnie tak jak Andy Robertson.

Liverpool traci nie tylko prawdopodobnie najlepszego lewego obrońcę w historii klubu, ale również wicekapitana i człowieka, który przez lata idealnie uosabiał cechy szczególnie cenione przez kibiców The Reds.

– Wszyscy siedzieliśmy na ławce i po prostu śmialiśmy się z niedowierzania — wspomina były trener bramkarzy Liverpoolu John Achterberg. – Mówiliśmy między sobą: "Co on właściwie robi? Przecież to jest nienormalne!". To był cały Robbo — gonienie rywali i doskakiwanie do nich tak, jakby od tego zależało jego życie.

Był styczeń 2018 roku, a Liverpool był o krok od zadania Manchesterowi City pierwszej ligowej porażki w sezonie. The Reds prowadzili już 4:1, do końca pozostawało 15 minut, ale Robertson kompletnie nie miał zamiaru odpuszczać.

Najpierw doskoczył do Bernardo Silvy w okolicach linii środkowej, a chwilę później ruszył w szaleńczy pressing za Kyle’em Walkerem, Johnem Stonesem, Edersonem i Nicolásem Otamendim. Anfield eksplodowało z zachwytu.

Jeszcze sześć tygodni wcześniej Robertson był jednak jedynie rezerwowym. Dopiero kontuzja kostki Alberto Moreno otworzyła mu drogę do składu po trudnym początku kariery na Anfield.

– Jürgen uważał, że potrzebuje czasu, by przystosować się do wymagań zarówno z piłką, jak i bez niej — dodaje Achterberg. – Przeskok z Hull był ogromny i początkowo Robbo naprawdę miał ciężko.

– Musiał uzbroić się w cierpliwość. W tamtych pierwszych miesiącach pewnie nieraz zastanawiał się, czy w ogóle dostanie tu prawdziwą szansę. Pamiętam jednak mecz z Brighton tuż przed Bożym Narodzeniem. Wtedy było już widać, że jest gotowy. Liverpool miał nowego podstawowego lewego obrońcę.


Mieszkając w Formby, około 20 kilometrów na północ od centrum Liverpoolu, Robertson chciał jak najlepiej poznać miasto i jego klimat. Pierwszy wieczór spędzony "na mieście" zakończył w kultowym Salt Dog Slims przy Seel Street. Z czasem, gdy jego popularność rosła, wspólne wyjścia z rodziną i znajomymi stawały się coraz trudniejsze, ale regularnie odwiedzał restauracje w okolicach Castle Street.

Kiedy usłyszał o młodym kibicu Liverpoolu, który przekazał własne kieszonkowe na lokalny bank żywności, napisał do Alfiego Radforda list z podziękowaniami. Dołączył też podpisaną koszulkę Roberto Firmino z dopiskiem:

"Nikt przecież nie chce koszulki lewego obrońcy".

Bardzo szybko okazało się, że jednak chce.

Współpraca, którą stworzył na lewej stronie z Sadio Mané, była jednym z fundamentów drużyny Kloppa, która w 2018 roku sensacyjnie dotarła do finału Ligi Mistrzów. Porażka z Realem Madryt w Kijowie mocno go dotknęła — podczas lotu powrotnego nie był w stanie zasnąć.

Po powrocie na Merseyside próbował wyrzucić wszystko z głowy, jadąc prosto do marketu budowlanego Homebase, by kupić grilla i samodzielnie go złożyć.

Robertson i Trent Alexander-Arnold przez lata dostarczali Liverpoolowi amunicję z obu boków boiska, dzięki czemu tercet Mané–Firmino–Mohamed Salah mógł siać spustoszenie pod bramką rywali.

Dwaj ofensywnie usposobieni boczni obrońcy, dodatkowo napędzani zdrową rywalizacją między sobą, zanotowali wspólnie aż 28 asyst w sezonie 2018/19, 27 rok później i kolejne 33 w rozgrywkach 2021/22.

– Najlepiej wspominam właśnie te pierwsze sezony, kiedy razem przebijaliśmy kolejne sufity — mówi Alexander-Arnold, który zeszłego lata odszedł do Realu Madryt. – Biliśmy rekord za rekordem. Na zawsze zmieniliśmy sposób postrzegania bocznych obrońców w piłce. Myślę, że za wiele lat ludzie spojrzą na tamten Liverpool i uznają nas za duet, który zmienił tę pozycję.


Kostas Tsimikas trafił do Liverpoolu z Olympiakosu w 2020 roku, by zwiększyć rywalizację na lewej obronie, ale regularność Robertsona sprawiła, że Grek przez długi czas pozostawał jedynie zmiennikiem.

Sezon 2021/22 okazał się najlepszym w karierze Szkota pod względem liczb — Robertson zanotował wtedy aż 15 asyst. Liverpool sięgnął po oba krajowe puchary, ale jednocześnie boleśnie przegrał walkę o mistrzostwo z Manchesterem City jednym punktem i uległ Realowi Madryt w finale Ligi Mistrzów w Paryżu.

– Czy w najlepszym okresie był lepszy lewy obrońca na świecie? Moim zdaniem nie — mówi Achterberg. – Nikt nie dawał drużynie tyle energii, dynamiki, agresywnego pressingu, jakości w defensywie i kreacji jednocześnie.

– Robbo wykonywał pracę za dwóch zawodników. To on często nadawał ton meczom. Kiedy Jürgen mówił o "mentality monsters", Robertson był idealnym przykładem. Jeśli spojrzeć na kwotę transferu i wszystko, co dał Liverpoolowi, to w przeliczeniu na wydane pieniądze musi być jednym z najlepszych transferów w historii klubu.

Robertson opuścił większość pierwszego okresu przygotowawczego Arne Slota z powodu urazu więzadeł w kostce, którego nabawił się jeszcze podczas Euro 2024. Na początku sezonu 2024/25 regularnie rotował z Tsimikasem i po raz pierwszy od lat jego pozycja w hierarchii przestała być oczywista.

– Po raz pierwszy od bardzo dawna pojawili się ludzie, którzy we mnie zwątpili — przyznał po domowym zwycięstwie nad Aston Villą.

Tę walkę jednak wygrał. Odzyskał miejsce w składzie i pomógł Liverpoolowi sięgnąć po mistrzostwo Anglii. Po rozbiciu Tottenhamu 5:1 można było zobaczyć piękny obrazek — Robertson zaprosił chłopców od podawania piłek z akademii Liverpoolu do wspólnego świętowania przed The Kop. Rozpoznał wśród nich młodego szkockiego lewego obrońcę Camerona Williamsa, z którym wcześniej trenował podczas zgrupowań reprezentacji.

Kiedy Liverpool zapłacił Bournemouth 40 milionów funtów za Milosa Kerkeza zeszłego lata, Robertson wiedział już, że jego czas jako podstawowego lewego obrońcy powoli dobiega końca. Interesowały się nim Atlético Madryt i Milan, ale zdecydował się zostać na ostatni rok kontraktu. Po odejściu Alexandra-Arnolda Slot powierzył mu funkcję wicekapitana.

Śmierć bliskiego przyjaciela, Diogo Joty, w lipcu ubiegłego roku mocno nim wstrząsnęła. Zaledwie 11 dni wcześniej razem z żoną Rachel byli gośćmi na ślubie Portugalczyka i jego wieloletniej partnerki Rute Cardoso. To, jak Robertson zachował się po tragedii — odkładając własny ból na bok, by wspierać innych zawodników i pracowników klubu podczas wyjazdu do Portugalii na pogrzeb — jeszcze bardziej umocniło jego pozycję wewnątrz Liverpoolu.


Sugestie, że jego kariera była jakąś bajkową historią, zawsze lekko go irytowały. Nie dlatego, że potrzebował większego uznania, ale dlatego, że chciał pokazać młodym ludziom marzącym o podobnej drodze, ile poświęceń naprawdę wymaga wykorzystanie własnego talentu. Nic nie przyszło mu łatwo.

– Historia Robbo przez lata była jedną z tych, o których regularnie rozmawialiśmy z kolejnymi rocznikami akademii — mówi dyrektor akademii Liverpoolu Alex Inglethorpe. – To opowieść o niesamowitej odporności i wytrwałości. On przez całą karierę musiał coś udowadniać.

– Nie był zawodnikiem, który po prostu przeszedł przez akademię bez większych problemów, płynnie przeskakując z jednej kategorii wiekowej do kolejnej. Nic samo się dla niego nie ułożyło. Musiał mierzyć się z kolejnymi przeszkodami, a za każdym razem podnosił się i próbował jeszcze raz. Walczył o swoje marzenia jak mało kto — i to jest ogromnie ważny przekaz dla naszych młodych zawodników.

Kiedy reprezentacja Szkocji w listopadzie wywalczyła pierwszy od 1998 roku awans na mistrzostwa świata, Robertson nie potrafił ukryć emocji.

– Dobrze to maskowałem, ale dziś kompletnie się rozsypałem — powiedział. – Cały dzień miałem w głowie Diogo Jotę. Bardzo dużo rozmawialiśmy o mundialu, bo on ominął poprzedni turniej z Portugalią, a ja ze Szkocją. Wiem, że dziś się do mnie uśmiechał.

Ten sezon był dla Robertsona trudny na wielu poziomach. W Premier League rozpoczął tylko 10 spotkań w podstawowym składzie. Tottenham próbował sprowadzić go zimą, ale Szkot nie naciskał na odejście.

Pracownicy różnych działów w ośrodku treningowym w Kirkby podkreślają, że trudno znaleźć w szatni bardziej kontaktową i otwartą osobę. Pod koniec zimowego okna transferowego, podczas jednego z wolnych dni, Robertson zebrał grupę znajomych, bo chciał jeszcze odwiedzić kilka tradycyjnych pubów w georgiańskiej części Liverpoolu przed odejściem z miasta. Wieczór skończył za barem w pubie Ye Cracke, gdzie sam nalewał piwo. Później cała grupa wybrała się jeszcze do jednej z jego ulubionych restauracji — Cucina di Vincenzo w dzielnicy Childwall.

Robertson od lat pasjonuje się wyścigami konnymi i regularnie organizował wspólne wyjazdy na Cheltenham Festival. Często zapraszał też pracowników klubu i ich rodziny do swojej loży na Anfield.

Dzięki działalności swojej fundacji AR26 stworzył szanse dla wielu młodych ludzi, a razem z żoną wspierał również zbiórki organizowane przez dziecięcy szpital Alder Hey. Dwójka z ich trójki dzieci przyszła na świat w pobliskim Liverpool Women’s Hospital.

W wiadomości skierowanej w tym tygodniu do kolegów z drużyny, z którymi zaraz się pożegna, Robertson napisał między innymi:

"Gra dla tego klubu to przywilej — i to wy jesteście jego właścicielami".

To zdanie właściwie idealnie podsumowuje sposób, w jaki przeżył swoją karierę w Liverpoolu.

James Pearce

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (6)

Level 21.05.2026 17:15 #
Ciężko się pogodzić z tym odejściem 😞
Gin 22.05.2026 08:37 #
bardzo ciężko....Salah to samo.... ;////
Czerwony_Liverpooczyk 21.05.2026 17:44 #
Podobno chcą Iraole ,piszą na goal.pl ciekawe
Jarekrk 21.05.2026 17:50 #
Człowiek codziennie wchodzi na portal z nadzieją, że w końcu łysy out a tu tylko pożegnania tu Robbo, tu Salah, tu Ali tu Jones no masakra a ten jeden na którego każdy czeka nie.
Czy on ma za jakiś cel przebić wszystkie rekordy Ten Haga?
Kabi93 21.05.2026 17:53 #
Co myślicie o Iraole ?
Jarekrk 21.05.2026 18:49 #
Na pewno lepszy niż Slot

Pozostałe aktualności