Wirtz: Ten sezon wiele mnie nauczył
Florian Wirtz siedzi w jednym z pomieszczeń ośrodka treningowego Liverpoolu z widokiem na boiska w Kirkby i wraca myślami do swojego pierwszego sezonu w angielskiej piłce.
Kiedy klub z Merseyside pobił zeszłego lata swój rekord transferowy, płacąc Bayerowi Leverkusen 100 milionów funtów za reprezentanta Niemiec — kwotę, która wraz z bonusami może wzrosnąć do 116 milionów — transfer uznano za jeden z największych ruchów okna po mistrzowskim sezonie Liverpoolu w Premier League.
Bayern Monachium i Manchester City również mocno zabiegały o jednego z najbardziej ekscytujących ofensywnych talentów Bundesligi, ale Wirtz wybrał Anfield. Próba odciśnięcia piętna na nowym zespole okazała się jednak trudniejsza, niż przypuszczał. Mimo burzliwego sezonu bez trofeów dla drużyny Arne Slota Niemiec ani przez moment nie zwątpił, że podjął właściwą decyzję.
– Nie żałuję ani trochę — mówi. – Wciąż jestem bardzo szczęśliwy, że tu trafiłem. Mam ogromne cele na przyszły sezon, bo ten nie potoczył się tak, jak wszyscy planowaliśmy.
Po opuszczeniu meczu zremisowanego 1:1 z Chelsea z powodu infekcji żołądkowej i krótkim występie z ławki w przegranym 2:4 meczu z Aston Villą w poprzedni piątek, Wirtz liczy na powrót do wyjściowego składu na niedzielne spotkanie z Brentford na Anfield. Liverpool potrzebuje punktu, by zapewnić sobie awans do Ligi Mistrzów.
Zapowiada się niezwykle emocjonalne popołudnie, bo z Anfield pożegnają się dwie klubowe legendy — Mohamed Salah i Andy Robertson. Wirtz wybrał się w ubiegły weekend na kolację z Salahem, Dominikiem Szoboszlaiem i Milosem Kerkezem — około dobę po tym, jak Egipcjanin wywołał spore zamieszanie swoim mocnym wpisem w mediach społecznościowych. Salah zasugerował, że Liverpool stracił swoją tożsamość i wezwał do powrotu "heavy metal footballu" — określenia nierozerwalnie kojarzonego z erą poprzednika Slota, Jürgena Kloppa.
– Świetnie spędziliśmy ten wieczór. Fajnie było pobyć trochę z Mo przed jego odejściem — mówi Wirtz.
Co sądzi o wpisie Salaha?
– Mo zna ten klub od wielu lat. To po prostu szczery człowiek. Mówi to, co myśli — i tak powinno być. Jeśli ktoś chce coś powiedzieć, powinien mieć do tego prawo. Oczywiście był to trudny sezon dla nas wszystkich, także dla niego. Moim zdaniem cała sytuacja została rozdmuchana bardziej, niż powinna. Nie uważam, żeby kogokolwiek zaatakował.
Wirtz był jednym z kilkunastu zawodników pierwszej drużyny, którzy polubili wpis Salaha na Instagramie. Ponieważ wielu odebrało słowa Egipcjanina jako przytyk w stronę Slota i jego stylu gry, część kibiców uznała te reakcje za sygnał, że piłkarze stają po stronie kolegi przeciwko holenderskiemu trenerowi.
– Nie, absolutnie nie o to chodziło — podkreśla Wirtz. – Generalnie bardzo cenię mentalność Mo — sposób, w jaki patrzy na futbol i jak pracuje. To człowiek, którego warto słuchać, bo widział i przeżył naprawdę wiele.
– On nikogo nie atakował. Mam wrażenie, że te wszystkie "lajki" piłkarzy też zostały niepotrzebnie wyolbrzymione. Dla mnie to był po prostu wpis faceta, który odchodzi z klubu i chciał zwrócić wszystkim uwagę na to, że musimy pracować ciężej i prezentować się lepiej.
– Wszyscy jesteśmy bardzo dalecy od zadowolenia z tego sezonu. Nadal jednak możemy jeszcze coś z niego uratować, awansując w niedzielę do Ligi Mistrzów. Musimy to zrobić. A potem latem trzeba oczyścić głowy i ruszyć po więcej w kolejnym sezonie, bo mamy naprawdę bardzo dobrą drużynę i stać nas na dużo więcej.
Porażka z Aston Villą — już 19. w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach — jeszcze mocniej zwiększyła presję wokół Arne Slota. Coraz więcej kibiców otwarcie zaczęło domagać się zmian. Wirtz podkreśla jednak, że były trener Feyenoordu nadal ma pełne poparcie szatni.
– Świat zewnętrzny zawsze próbuje stworzyć jakąś historię między drużyną a trenerem. W środku wygląda to jednak zupełnie inaczej. Każdego dnia dobrze pracujemy z tym szkoleniowcem i jego sztabem. Nikt nawet nie myśli o tym, żeby nie stać za menedżerem. To po prostu temat żyjący poza klubem.
Status najdroższego piłkarza w historii Liverpoolu utrzymał się przy nazwisku Wirtza tylko przez kilka miesięcy — do momentu, gdy Alexander Isak sfinalizował swój przeciągający się transfer z Newcastle United za 125 milionów funtów. Mimo to reflektory nadal były skierowane na 22-letniego Niemca. Wysoka kwota transferu oznacza ogromne oczekiwania, a sprostanie im nie było dla Wirtza łatwe. W 48 występach dla Liverpoolu we wszystkich rozgrywkach — z czego 40 od pierwszej minuty — zanotował siedem goli i osiem asyst.
Liczby "pod spodem" wyglądają jednak znacznie lepiej. W Premier League wykreował już 57 sytuacji z otwartej gry. Lepsi pod tym względem są jedynie Bruno Fernandes (95), Enzo Fernández (59) i Jérémy Doku (59). Ostatnim piłkarzem Liverpoolu, który stworzył więcej okazji w swoim debiutanckim sezonie, był Dirk Kuyt — 62 w rozgrywkach 2006/07.
Wirtz znajduje się także w czołowej dwunastce Premier League pod względem przebiegniętego dystansu — średnio pokonuje 10,6 kilometra na 90 minut.
– Oczywiście oczekiwania są inne, kiedy przychodzisz za tak duże pieniądze — mówi. – Ale to tylko liczba. Kwoty transferowe generalnie cały czas rosną. Może wtedy byłem pierwszym zawodnikiem za takie pieniądze — nie w historii, ale w tamtym momencie zeszłego lata.
– Trzeba zrozumieć, że to nie jest twoja odpowiedzialność, ile kosztujesz. Ta cena wzięła się z moich wcześniejszych występów. Musisz wyrzucić to z głowy i po prostu skupić się na tym, żeby być dobrym piłkarzem.
Łatwiej jednak powiedzieć niż zrobić — szczególnie kiedy krytyka przybiera na sile. Trudny proces adaptacji ze względu na warunki fizyczne i profil techniczny Wirtza dodatkowo utrudnił fakt, że Premier League stała się jeszcze bardziej fizyczna, bardziej bezpośrednia i jeszcze mocniej oparta na stałych fragmentach gry. Liverpool rozpisał Niemcowi intensywny program pracy siłowej.

– Wielu zawodników i ludzi ze sztabu mówi mi, jak bardzo zmieniła się intensywność ligi i jak dużo więcej jest dziś pojedynków niż wcześniej — tłumaczy.
– Nadal jest wystarczająco dużo czasu i przestrzeni na boisku, żebym mógł grać swój futbol, ale oczywiście styl gry jest inny niż w Niemczech. Muszę dalej pracować, wierzyć w siebie i wtedy wszystko się ułoży.
– Wcześniej mój styl gry opierał się bardziej na unikaniu kontaktu i wchodzeniu w wolne przestrzenie. Tutaj musisz być silny fizycznie praktycznie przy każdym kontakcie z piłką. Pracowałem na siłowni, żeby nabrać trochę masy mięśniowej, ale bez przesady. Nie chodziło o jakieś wielkie "pakowanie", po prostu musiałem stać się trochę mocniejszy.
Na swojego pierwszego gola dla Liverpoolu Wirtz musiał czekać aż do końcówki grudnia. Trafił wtedy przeciwko Wolverhampton Wanderers na Anfield, a jego bramka okazała się zwycięska.
– To był dla mnie ważny moment przełomowy — przyznaje. – Znowu poczułem, jak to jest regularnie mieć udział przy golach. Dla każdego piłkarza, który przechodzi trudniejszy okres pod względem liczb, przełamanie takiej serii daje pewność siebie.
– Myślę, że w pierwszej części sezonu też miałem kilka naprawdę dobrych meczów. Po prostu brakowało mi trochę szczęścia. Ludzie mówili o pewnych rzeczach dużo gorzej, niż wyglądało to w rzeczywistości.

Wirtz zręcznie unika odpowiedzi na pytanie, jak oceniłby swój pierwszy sezon w Liverpoolu w skali od 1 do 10, ale przyznaje, że znalazł się na kompletnie nieznanym sobie terenie — szczególnie biorąc pod uwagę dotychczasowy przebieg kariery w Bayerze Leverkusen i wszystkie pochwały, które zbierał wcześniej.
– Myślę, że ocenianie mnie to zadanie dla innych. Ja po prostu staram się dawać z siebie wszystko, nie wystawiam sobie not w liczbach. W tym sezonie spotkałem się z dużą krytyką, szczególnie na początku. Ale nie wpłynęło to na mnie aż tak mocno. Potraktowałem ten czas jako naukę radzenia sobie z takimi sytuacjami.
– Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Po prostu ciężko pracowałem nad sobą i próbowałem się rozwijać, żeby mieć większy wpływ na mecze. Kiedy patrzę wstecz, to nie jest sezon, po którym jestem wyłącznie smutny. Wiele się nauczyłem i zaadaptowałem do nowego kraju oraz nowej ligi.
Do kogo zwracał się w trudniejszych momentach?
– Do rodziny i przyjaciół — mówi Wirtz, który jest jednym z dziesięciorga rodzeństwa. – Zawsze byli przy mnie, dawali mi wsparcie i wierzyli we mnie. To bardzo dużo dla mnie znaczyło. Często przylatują do Anglii, żeby spędzić ze mną trochę czasu, i naprawdę mi to pomaga.
Niemiec dobrze czuje się w swoim domu w Cheshire. Wolny czas najczęściej spędza na padlu albo spacerach ze swoim border collie o imieniu Zuma.
– Lubię tę okolicę i ani razu nie miałem poczucia tęsknoty za domem. Czuję, że to jest już mój dom. Żaden z kolegów z drużyny nie mieszka bardzo blisko mnie, ale wszyscy jesteśmy oddaleni od siebie najwyżej o 15–20 minut. Zawsze można spotkać się też poza futbolem.
Poza oczywistymi wyzwaniami związanymi z wyjazdem z ojczyzny w wieku 22 lat, Wirtz trafił zeszłego lata do szatni pogrążonej w żałobie po śmierci Diogo Joty tuż przed startem przygotowań do sezonu. Robertson mówił wcześniej w tym tygodniu, że "przez wiele tygodni nikogo nie obchodził futbol".
– Nie znałem Diogo osobiście, ale słyszałem mnóstwo historii o tym, jak fantastycznym był człowiekiem — opowiada Wirtz. – Dla mnie wszystko zmieniło się po przyjeździe tutaj. Okres przygotowawczy nie był łatwy dla nikogo. Czułem, że moi koledzy stracili bliskiego przyjaciela.
– To musi na ciebie wpływać. Starałem się po prostu być obok nich, jeśli chcieli porozmawiać z kimś nowym, kto wcześniej nie był częścią tej grupy. Jednocześnie sam próbowałem odnaleźć się w zespole.
Przy problemach kluczowych zawodników, nowych piłkarzach nadal adaptujących się do nowych warunków i licznych kontuzjach Liverpool wpadł w prawdziwą burzę idealną. Wirtz, Isak i Hugo Ekitike rozegrali razem zaledwie 118 minut.
– Kontuzje były zdecydowanie ogromnym problemem, szczególnie utrata Aleksa na tak długo — dodaje Wirtz. – Mieliśmy kilku zawodników wypadających na długie tygodnie. Bywały momenty, kiedy na ławce brakowało opcji i trzeba było wystawiać piłkarzy na pozycjach, do których nie byli przyzwyczajeni.
– Mam nadzieję, że wszyscy wrócą do zdrowia i w przyszłym sezonie tak już zostanie. Chciałbym częściej grać z Aleksem i Hugo.
Wcześniej czeka go jednak jeszcze mundial, który rozpocznie się za niespełna trzy tygodnie.
Wirtz, mający już na koncie 39 występów w reprezentacji Niemiec, jest jednym z kluczowych zawodników kadry Juliana Nagelsmanna.
Cztery lata temu ominęły go mistrzostwa świata w Katarze z powodu zerwania więzadła krzyżowego. Tym razem Niemcy trafili w fazie grupowej na Curaçao, Wybrzeże Kości Słoniowej i Ekwador.
– Jestem bardzo podekscytowany swoim pierwszym mundialem — mówi. – Jestem w dobrej formie. Cztery lata temu byłoby na to jeszcze trochę za wcześnie. Tym razem chcę odegrać dużą rolę, wziąć odpowiedzialność i pomóc poprowadzić tę drużynę. Mam nadzieję, że to będzie świetne lato.
– Mamy dobrą drużynę i dobrego selekcjonera. Jeśli pokażemy pełnię możliwości, na pewno mamy szansę, ale nie powiedziałbym, że jesteśmy faworytami. Po meczu z Brentford wracam do Niemiec, spędzę tam jeden dzień i od razu jadę na zgrupowanie.
– Oprócz mundialu cały czas myślę też o powrocie tutaj na okres przygotowawczy — już ze świadomością wszystkiego, dokładnie wiedząc, czego się spodziewać. W przyszły sezon wejdę z pełnym przekonaniem i dam z siebie absolutnie wszystko.
James Pearce

Komentarze (5)