Pozostał niedosyt
24 maja 2026 roku miał być dniem pamięci. Datą, którą kibice Liverpoolu będą wspominać ze ściśniętym gardłem, ale też z poczuciem wdzięczności. Dniem, w którym dwie postacie współtworzące najpiękniejszy rozdział współczesnej historii klubu zamkną swoją opowieść w sposób godny ludzi, którzy przez dziewięć lat nosili ten herb nie tylko na piersi, ale i w sercu. Mohamed Salah i Andy Robertson rozegrali swoje ostatnie mecze w czerwonych barwach. I choć pożegnania wielkich nazwisk zazwyczaj wiążą się ze smutkiem i wdzięcznością, tym razem pozostawiły również gorzki niedosyt.
Sam mecz był jedynie kolejnym rozdziałem dobrze znanej historii. Zbyt przewidywalne akcje, nuda i poczucie, że drużyna nie potrafi skutecznie narzucić rywalowi własnych warunków – w dodatku we własnym domu.
Przez ostatnie miesiące na forach, w pubach i na trybunach powtarzaliśmy te same zarzuty. Liverpool sprawiał wrażenie zespołu, który zapomniał, czym jest intensywność będąca kiedyś jego znakiem firmowym. Dlatego wielu z nas miało choć jedną nadzieję – że jeśli sezon sportowo rozczarował, to przynajmniej pożegnanie legend pozwoli na moment o tym wszystkim zapomnieć.
Że Anfield jeszcze raz stanie się sceną wielkich emocji. Teatrem, który pozwoli przemówić najważniejszym aktorom.
Przecież mówimy o ludziach, którzy przez dziewięć lat zdobyli z Liverpoolem wszystko. Salah stał się symbolem ery odrodzenia. Królem bramek, twarzą triumfów i piłkarzem bijącym kolejne rekordy. Robertson natomiast uosabiał charakter Liverpoolu Jürgena Kloppa – nieustępliwość, agresję i pracę ponad granice zmęczenia.
Egipcjanin i Szkot byli nie tylko zwycięzcami. Byli ulubieńcami Anfield. Tym bardziej trudno pogodzić się z tym, jak wyglądał ich „ostatni taniec”. Do czego zmierzam?
Piłka nożna nie kończy się na końcowym gwizdku. Kluby tej wielkości budują swoją tożsamość również poprzez pamięć i rytuały. Pożegnania nie są dodatkiem do futbolu – są częścią jego kultury. To chwile, w których kibice mogą usłyszeć głos ludzi, którzy przez lata dawali im radość, nadzieję i dumę.
I właśnie tego zabrakło. Zawodnicy nie dostali możliwości powiedzenia kilku słów w stronę kibiców.
W tym samym miesiącu świat futbolu oglądał pożegnania, które rozumiały wagę chwili. Robert Lewandowski w Barcelonie miał przestrzeń, by stanąć przed kibicami i powiedzieć kilka słów. W Manchesterze City żegnano Johna Stonesa, Bernardo Silvę i Pepa Guardiolę z należytą oprawą, pozwalając emocjom naprawdę wybrzmieć. W Atlético Madryt Antoine Griezmann miał możliwość podziękować kibicom za wspólną drogę i pożegnać się z nimi w odpowiedni sposób. Mowa pożegnalna to tylko gest, ale o wielkim znaczeniu. A jeśli spojrzymy wstecz na nasze podwórko, to zarówno Jürgen Klopp, jak i Steven Gerrard dostali możliwość przemówienia na murawie. To nie były jedynie ceremonie, ale przede wszystkim akty szacunku.
Liverpool, klub tak często mówiący o rodzinie, wspólnocie i wyjątkowej więzi między drużyną a trybunami, tym razem sprawiał wrażenie, jakby gdzieś po drodze zgubił własny język emocji. Nie chodzi o hollywoodzki spektakl i fajerwerki. Chodzi o coś bardziej prozaicznego...
O mikrofon.
O kilka słów pożegnania.
O możliwość, by Salah i Robertson mogli zwrócić się do ludzi, którzy skandowali ich nazwiska przez niemal dekadę. By mogli powiedzieć „dziękuję”. Tak niewiele, a jednocześnie dokładnie tyle, ile potrzebuje futbol w wyjątkowych sytuacjach.
Bo przecież dziewięć lat to kawał życia.
To setki meczów, tysiące kilometrów przebiegniętych dla tego herbu, chwile triumfu i momenty cierpienia. To finały, puchary, europejskie noce i wspomnienia, które dla wielu kibiców stały się częścią osobistej historii. Salah i Robertson oddali klubowi najlepsze lata swojej kariery i współtworzyli drużynę, dzięki której Liverpool znów stał się wielki. Dlatego ich odejście zasługiwało na coś więcej.
Wyśmiewany często Manchester City zachował się lepiej wobec swoich graczy i trenera, a przecież to – jak zazwyczaj określają go kibice, z czym sam często się zgadzałem – „twór zbudowany dzięki arabskim pieniądzom”, „szejki”, „plastikowy zespół”, i tak dalej. A jednak pamiętali, by ostatnie słowo należało tego dnia do najważniejszych osób.
Mo i Robbo podziękowali kolegom z drużyny i członkom sztabu podczas ostatniego treningu. Dziękowali też za pomocą mediów społecznościowych. Wątpliwe zatem, by sami zrezygnowali z możliwości podziękowania na boisku.
Właśnie ten brak odpowiedniej oprawy boli najmocniej. Nie dlatego, że umniejsza uznanie kibiców – ono pozostanie niezależnie od organizacyjnych decyzji. Boli dlatego, że była to chwila nie do odzyskania. W futbolu można przegrać mecz i zagrać kolejny. Można odbudować skład, zmienić trenera i zacząć od nowa, ale ostatnie pożegnanie odbywa się tylko raz.
I Liverpool tej jednej szansy nie wykorzystał.
To kolejny symbol sezonu pełnego rozczarowań. Bo nawet pożegnanie naszych wielkich zawodników okazało się rozczarowujące – tak jak rozczarowujący był cały ten rok. Nawet tak piękna chwila nie została w pełni wykorzystana i przeżyta na poziomie, na jaki zasługujemy jako kibice, a przede wszystkim, na jaki zasłużyli ludzie, którzy oddali Liverpoolowi dziewięć najlepszych lat swojego życia.
Być może część z Was powie, że niniejszy tekst jest niepotrzebny, bo był szpaler, śpiewy, okrzyki i brawa od kibiców, ale piłkarzom odebrano możliwość powiedzenia „dziękuję” przed kilkudziesięcioma tysiącami kibiców i to mnie jakoś uwiera. Zresztą, w sieci można znaleźć wiele opinii podobnych do mojej, więc może jednak nie przesadzam.
W imieniu swoim i redakcji składam wyrazy uznania i podziękowania dwóm piłkarzom, którzy uczynili nasze kibicowskie życie znacznie piękniejszym.
Mo i Robbo – to był zaszczyt.

Komentarze (29)
Po tak koszmarnym sezonie?
Po tak fatalnym zarządzaniu grupą profesjonalistów?
Po takim odklejeniu i narcyźmie trenera?
Od lat irytuje mnie w liverpoolowej otoczce ta miękkość przekazu, takie flaki z olejem jak Pearce i inni. Że tak trudno komuś walnąć pięścią w stół. Jedynie Gerrard nie gryzł się w tej kampanii w język, no i Salah właśnie. Cała reszta - dziennikarze okołoklubowi, ten pijany wujek na weselu Carragher i jemu podobni "byli piłkarze" - wszyscy doskonale wiedzą gdzie tkwi problem, ale nie chcą lub boją się konkretnie wypunktować REALNY problem drużyny.
No i wreszcie kibice. Jedyne, co potrafili, to poskomlać, że bilety podrożały o cenę piwska. Nic grubszego. Tyle narzeka się, że topowe angielskie stadiony zalewają Azjaci i inni "turyści", którzy nie robią "atmosfery", a jaką "atmosferę" robiło Anfield w tym sezonie? Że z raz wygwizdali zmianę piłkarza? To ma być ten "najlepszy stadion w Anglii"?
To są pierdoły, a nie kibice.
Też o tym pomyślałem, że w ten sposób wygodnie unikną potencjalnych zarzutów Salaha, który teraz już na luzie mógłby powiedzieć, co myśli o tym wszystkim.
Ehh, okropny sezon, ale bardziej boli to, że najgorsze może być dopiero przed nami... :/
Salah i Robertson nie dostali możliwości pożegnania się z kibicami, bo byli niewygodni. Ich komentarze byłyby najpewniej nieprzychylne względem trenera, co spotkałoby się z aprobatą trybun.
Liverpool z tego sezonu idealnie odzwierciedlał wczorajsze zachowanie Hughesa i Slota. Niezaangażowani, obojętni, bez jaj, by stanąć przed kibicami. Nie takiego klubu chcemy i to właśnie my, jako kibice, musimy dać temu wyraz.
Brawo za wartościowe słowa dla autora/ów tekstu.
Sam po cichu liczyłem, że po meczu, podczas mowy pożegnalnej, któryś z nich wbije jakieś szpile, ale cóż... nawet nie dostali mikrofonu, żeby podziękować za wspólne 9 lat pięknej przygody.
I dzięki za miłe słowo. Jako redakcja nie mamy smyczy jak klubowi dziennikarze, więc piszemy szczerze, co myślimy.
A odnośnie samego tematu to pożegnanie było naznaczone tym, co cały sezon. Brakiem zaangażowania. Byle mieć to już za sobą.
Nie napisałem, że brak mikrofonu przekreśla cały proces pożegnania, ale pozostawia niedosyt i właśnie to jest punktem wyjścia mojego tekstu.
Skoro inni użytkownicy także czują niedosyt po wczorajszym pożegnaniu, to coś jest na rzeczy.
Andy i Mo nie chcieli wziąć mikrofonu, bo mieli zbyt ściśnięte gardła od wzruszenia? Jest taka możliwość, aczkolwiek nie chce mi się wierzyć, że odmówili sobie ostatniego „dziękuję” przed kibicami.
Dla Ciebie pożegnanie było kompletne i to jest ok. Dla mnie i innych użytkowników było wybrakowane, bo zabrakło przemowy i uwiera nas to. Takie gorzkie patrzenie na sprawę jest jak najbardziej ok.
Natomiast w jednym się zgodzimy kolego: dzisiaj jest 21. rocznica cudu w Stambule i trzeba za to wypić. ;)
Nie szukałbym tutaj drugiego dna. Myślę że w tej doniosłej chwili Salah i Robbo na pewno nikomu nie wbijaliby szpilki.
Odniosłem takie wrażenie, że mecz się skończył i chłopaki dzięki, pa.
Poza przejściem przez szpaler i wręczeniem byle jakich "ram", wszystko pozostałe to jedno wielkie nieporozumienie.
Przecież oni tak naprawdę nie wiedzieli co mają ze sobą zrobić - pójść w lewo, a może pod the Kop, nie chyba w prawo będzie najlepiej. I się tak błąkali po tej płycie stadionu.
No kurde, żeby nie przekląć, dramat jakiś.
A jak się doda do tego wieśniaka dyrektora Hughesa, trzymającego ręce w kieszeniach podczas pożegnania i brak, czyli olanie całej sprawy przez szczurzy ryj niejakiego Michaela Edwardsa, który nota bene jest jednym z głównych odpowiedzialnych za sprowadzenie Łysego do Liverpoolu, to domyka to cały niesmak tej ceremonii.
Jak tacy ludzie są obecnie w klubie, to nie wróżę Liverpoolowi niczego dobrego w kolejnych sezonach i obym się mylił
Myślałem, i liczyłem nawet, że zorganizują to na poziomie pożegnania Kloppa, a wyszło dramatycznie gorzej.
W którym kierunku my zmierzamy, Slot zostaje, klubowe legendy odchodzą z kiczowatym pożegnaniem, występy niegodne koszulki Lfc.
Co tutaj się do jasnej ciasnej wyprawia?
Czy my akceptujemy, że trener Liverpoolu przychodzi w wyśmienitym humorze, oraz z garstką zarcików tuż po ustanowieniu rekordu porażek w pojedynczym sezonie?
My jesteśmy nadal poważnym klubem?
Tu już nawet nie chodzi o to, jak zespół gra, a o to, co Slot zrobił z atmosferą w LFC i poczuciem jedności. Ten klub miewał różnych zawodników i trenerów, ale nigdy nie miałem wrażenia, że to jest aż taka zbieranina wyrobników, najemników i nieprofesjonalistów. Aż do teraz. Dla połowy z nich to jest klub jak każdy inny - ot, etap w karierze: Slot, Isak, Wirtz, Konate, Mac Allister, Gakpo, nawet mnie momentami Szobo nie przekonuje. Teraz, jeśli jeszcze Ali odejdzie, zostanie tylko VVD z mocnym charakterem i szacunkiem dla barw, ale z coraz gorszą formą.