LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 909

Dwie strony medalu


„Heysel i Hillsborough” – tę frazę słyszą zazwyczaj nowi kibice Liverpoolu, gdy chcą zapoznać się z historią klubu, który wybrali na swój (lub też wybrali go nieświadomie, dorastając w rodzinie fanów). Każdy, kto zaczyna pytać o przeszłość, która ukształtowała tożsamość Liverpoolu, styka się od razu z określeniem „Heysel i Hillsborough” – jakby dwoma członami tego samego zdarzenia, dwiema stronami jednego medalu.

A jednak, choć umieszczone obok siebie, w jednym tytule, te nazwy nie są równorzędne. O tej drugiej dowiedzieć się łatwo, o niej się mówi i pamięta, jest to nawet coś w rodzaju wizytówki klubu (chociaż brzmi to raczej źle, a w ostatnim roku pojawiły się nawet z zarzuty o komercjalizację tragedii). Hillsborough jest w każdym razie odmieniane przez wszystkie przypadki do dnia dzisiejszego. A o Heysel – cisza. Do tego stopnia, że przez jakiś czas myślałam, że było to coś podobnego do tego głośniejszego zdarzenia, tylko na mniejszą skalę i z mniejszą liczbą ofiar. Kiedy chciałam dowiedzieć się więcej, nagle poczułam się jak ktoś, kto właśnie odkrył, że miał przodków w Wehrmachcie. Nic dziwnego, że o Heysel nie mówimy. Śmierć prawie setki niewinnych kibiców swojego klubu boli bardziej, odpowiedzialność za śmierć innych kibiców boli „gorzej”. I jako ludzie, którzy nie mieli z żadnym z tych wydarzeń absolutnie nic wspólnego, nie bardzo wiadomo, jak się czuć, co myśleć, co i ile mówić. 

W tym miejscu wezmę w obronę wypowiadanie się o katastrofach, w których się samemu nie uczestniczyło. Istnieje narracja, że należy zostawić głos tylko poszkodowanym (rodzinom ofiar, czy innym, którzy w różny sposób ucierpieli). Jednak takie podejście siłą rzeczy sprawi, że tych osób będzie coraz mniej, aż w końcu nie będzie ich już w ogóle. W końcu świat będzie się składał tylko z kibiców nie mających nic wspólnego z Heysel i Hillsborough, chyba że w zamierzchłej historii rodzinnej. Nikt nie będzie znał nawet osób, które znały kogoś, kto znał – czas ma to do siebie, że mija. Jeśli chcemy zachować pamięć o tych wydarzeniach, musimy mówić o nich sami, mówić po swojemu, z perspektywy zglobalizowanego, siedzącego przed telewizorem kibica, który być może nigdy nie miał okazji postawić stopy w mieście Liverpool.

Ten przeciętny polski kibic LFC, który nosi czerwone barwy od przypadkowego finału Ligi Mistrzów widzianego w telewizji, tym bardziej nie wie, jak ma się czuć dowiadując się o Heysel. Nie jest to jednak uczucie obce, bo takie dylematy towarzyszą nam od zawsze. „Jak możesz z dumą nosić barwy narodowe, gdy Polacy robili w historii rzeczy…” „Jak możesz dalej być częścią tej wspólnoty religijnej, gdy wiesz, że tamci...?” „Wiesz, że twój krewny był… i nie chcesz zmienić nazwiska?” „Liverpool? Po Heysel?”

Może tylko ja mam nieszczęście do takich sytuacji, a może zdarzają się jednak nam wszystkim. Za przodkami najłatwiej, wiadomo, że się ich nie wybiera – narodowości też, chociaż już duma ze swojego kraju bywa traktowana różnie. Najgorzej chyba z wspólnotą religijną, bo w teorii zrezygnować z niej można w każdej chwili, albo do końca życia tłumaczyć, że my sami przecież nic nie zrobiliśmy, idea jest w porządku, a wspólnota liczy też wielu wspaniałych ludzi, których znamy osobiście. I to jest chyba najlepszy opis kibicowania, jaki udało mi się uzyskać – w końcu dla nas piłka jest trochę religią, mecze mają w sobie mnóstwo z obrzędowości, a fani klubu uważają się za wspólnotę. Jednak przy tak wielkiej, globalnej wspólnocie pojawiają się problemy, gdy ludzie, których nawet nie znamy, nie zachowują się jak należy, a świat zaczyna postrzegać w ten sposób wszystkich i na reszcie grupy kładzie odpowiedzialność. Jest ona ciężarem, z którym nie wiadomo, co zrobić.

Źle jest startować z poczucia winy i z marszu przepraszać za swoje istnienie, czy też czuć potrzebę natychmiastowego wytłumaczenia się: „Tak, należę do tej grupy, ale… nie popieram… potępiam… naprawdę mi przykro…” kiedy nikt nawet nie pytał. Z drugiej strony, źle też przyjmować taktykę oblężonej twierdzy, która często skutkuje absurdalnym wyparciem i zaprzeczaniem: „Fakty zostały zmanipulowane przez tych, którzy chcą nas zniszczyć”. „Tak naprawdę to nie nasi zrobili, tylko oni, a teraz kłamią, bo mają w tym interes”. „To nie w stylu Liverpoolu, to musiały być polityczne zagrywki, a wszystkiemu winny był Everton”. Trzeba zdecydować się na jakąś opcję pośrednią albo liczyć, że sprawa ucichnie zatarta przez czas. Albo wziąć tyle odpowiedzialności ile uznamy za zdrowe. Bo tak naprawdę nie wiadomo, jak to z nią jest i kto ma przepraszać czy brać na siebie konsekwencje. Jedynie sami sprawcy? Organizatorzy meczu? Władze klubu? Cała federacja piłkarska? Wszyscy fani?... W próbie odpowiedzi na pytanie kto zawinił, można zataczać coraz szersze kręgi, aż dojdzie się do początków istnienia człowieka jako gatunku.

Czujemy się też w różny sposób odpowiedzialni w zależności od tego, jak bardzo odbieramy całą społeczność jako „nas". Czy to „my” coś zrobiliśmy czy jednak „oni”? Cały sezon możemy zadawać sobie pytanie, czy to „my” gramy padakę, czy „te gwiazdeczki z wielkim ego”. Całe życie możemy się zastanawiać, czy tragedię na Heysel spowodowali „nasi”, czy jednak to nie byli „prawdziwi” kibice.

Dzisiaj mogę powiedzieć od siebie, że świadomość Heysel tylko wzmogła moją miłość do Liverpoolu. Być może sformułowanie, że „dzięki” temu stało się coś dobrego będzie krzywdzące czy oburzające dla ofiar, więc przywołam tylko dwa fakty. Pierwszy jest taki, że te wydarzenia spowodowały radykalną przemianę kultury kibicowskiej i zwalczanie chuliganów oraz zwiększenie standardów bezpieczeństwa na meczach. Drugi, to że po przeczytaniu wielu artykułów o Heysel jeszcze bardziej pokochałam Liverpool – za to, że ma dwie strony medalu. Tak, jak ma je każdy z nas. 

Nie twierdzę, że tymi, którzy zaatakowali wtedy innych kibiców, moglibyśmy być my, byłoby to chyba zbyt radykalne stwierdzenie. Uważam jednak, że każdy z nas miał dużo szczęścia, że urodził się w tych czasach, we współczesnej, bezpieczniejszej kulturze piłkarskiej, w cywilizowanym społeczeństwie, w rodzinie, która potrafiła przekazać mu podstawy moralności. 

To, że nie ma narodów dobrych i złych, tylko pojedynczy ludzie, to wiemy wszyscy. Czasem dzieją się rzeczy, które skłaniają nas do rozmyślania, czy sami ludzie dzielą się na dobrych i złych, czy może w każdym człowieku są obie strony medalu i od okoliczności zależy, która wyjdzie na światło dzienne. Nie sądzę, żeby wszyscy, którzy na Heysel spowodowali śmierć innych osób, planowali to od początku. Być może byli tam też tacy. A być może byli też inni, którzy planowali, ale usiedli w innym miejscu i nie mieli okazji. 

Liverpool ma dwie strony medalu cierpienia – wzniosłe Hillsborough, tysiące ludzi złączonych żałobą po stracie członków wspólnoty, wyrazy jedności, wzruszające przemowy, pomniki – oraz Heysel, tę mroczną część, o której wolelibyśmy jednak nie pamiętać. Człowieczeństwo ma dwie strony medalu i przez to cierpimy bardziej, ale możemy też bardziej kochać.

Liverpool jest esencją człowieczeństwa.

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (2)

MszarnyLFC87 29.05.2026 06:39 #
Gratuluję tekstu na ważny temat. Nieprzypadkowym zbiegiem okoliczności jestem fanem Liverpool i Juventusu. Chociaż moja przygoda z The Reds zaczęła się dużo wcześniej, ta z Juve trwa i ma się dobrze. Rozgrywając i wygrywając mecz na Heysel w 85, Juventus dołożył potężną cegłę do swojego etosu. Wtedy akurat Liverpool dla wielu stał się "dziadkiem z Wermachtu". Dla mnie osobiście życie z tą świadomością i łączenie sympatii do obu klubów nie jest problemem. Oba mają grubo ponad 100 lat i z pewnością będą jeszcze długo po mnie. Nie miałem i z pewnością nie będę mieć wpływu na historię. Liverpool nie miał i nie mógł mieć wpływu na zachowanie grupy swoich kibiców wtedy - proste. Dlatego szufladkowanie na podstawie jednego - chociaż tragicznego - zdarzenie w tak długiej historii jest dla mnie bez sensu. Jedyne na co Liverpool i my jako fani możemy mieć wpływ to pamięć i szacunek. You'll never walk alone fino alla fine.
ManiacomLFC 29.05.2026 07:29 #
Świetny tekst Ewa! Bardzo podoba mi się tytuł, ponieważ nie tylko o klubie można to powiedzieć, ale również o samej tragedii w Belgii. Bo ta tragedia też ma drugą stronę medalu.

Stadion, na którym był rozgrywany mecz nadawał się tylko do rozbiórki, co było zgłaszane przez oba kluby wcześniej, ale UEFA miała wszystko w dupie. Pamiętajmy o zachowaniu kibiców Romy rok wcześniej po zwycięstwie Liverpoolu w Rzymie w finale, co wzmogło nienawiść i rywalizację między Anglikami i Włochami. Pamiętajmy o rozmieszczeniu kibiców na stadionie, które było w tamtych okolicznościach proszeniem się o zamieszki. UEFA nie dbała o nic, a najlepszym na to dowodem jest sam fakt rozegrania meczu kiedy pod stadionem leżał stos trupów. Jeśli kogoś dziś irytuje fakt, że mecz jest wstrzymany na 15 minut, bo ktoś na trybunach "zasłabł" niech wspomni Heysel i to, jaką drogę przeszedł futbol przez te 40 lat. Może piłka nożna przestała już być sprawą życia i śmierci i wcale nie jest nam z tym źle?

Chciałbym dodać, że nie bronię naszych kibiców - zachowali się haniebnie. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że nie wyszli na nich z maczetami i nożami w celu morderstwa. Zachowali się haniebnie, ale nadal rozpatrywać to należy w kategorii wypadku, którego można było uniknąć.

Pozostałe aktualności