LIV
Liverpool
Towarzyski
27.07.2024
01:30
BET
Real Betis
 
Osób online 1435

Droga do Moskwy wciąż jest otwarta

Artykuł z cyklu Artykuły


Po wczorajszym meczu na Anfield Road przez moją głowę przenikało tysiące przeróżnych myśli. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że remisowy rezultat jest dla nas porażką, po tym co zaprezentowaliśmy na placu gry przez 95 minut. John Arne Riise może być największym pechowcem Liverpoolu w tegorocznych rozgrywkach, ale wcale nie musi! Przed zespołem Beniteza przecież 90 (a może i więcej?) minut gry pojedynku na Stamford Bridge a atmosfera z tego obiektu nijak da się porównać z Anfield.

Nie podobały mi się wczorajsze komentarze wielu rozgoryczonych fanów, którzy zrównali Norwega z błotem a mając go przed sobą na pewno pokusiliby się o bardziej odważne i haniebne czyny. Konsternacja i złość po tym samobóju jest według mnie jedynie okolicznością łagodzącą. Riise jest piłkarzem Liverpoolu nie od wczoraj i w swej karierze zrobił mnóstwo dobrego dla tego klubu. Sytuacja ta w pewien sposób przypomina mi finał Carling Cup z Chelsea i samobójczą bramkę Gerrarda. Nie niszczmy więc dziś swych bohaterów, których czciliśmy wczoraj.

Spotkanie na Anfield należało raczej do grona średnich widowisk piłkarskich. W moim odczuciu Liverpoolowi zabrakło tego 'czegoś' co pokazali na boisku w rywalizacji z Arsenalem. Drużyny Beniteza i Granta nastawiły się na grę z kontry. Nikt nie miał zamiaru wczoraj spokojnie prowadzić gry a wydawać mogłoby się, że magiczne trio środka pola gospodarzy w osobach Xabiego, Masche i Gerrarda się tym doskonale zajmie.

Szczególnie ucieszył powrót Baska do dobrej dyspozycji. Mam nadzieję, że nie jest to jednorazowe. Xabi nie tracił głupich piłek, miał oczy wokół głowy i rozsądnie rozprowadzał grę. W wysokiej formie jest piłkarzem niezwykle ważnym w układance Beniteza i może okazać się kluczem w rewanżu.

Jamie Carragher swą postawą także dał powody fanom do nutki optymizmu przed rewanżem. Niezmordowany Anglik doprowadził Drogbe do furii. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej kompletnie nie pograł sobie przy '23-karatowym złocie'. ¦rodek defensywy to czerwone królestwo naszego wychowanka i po raz kolejny udowodnił obserwatorom, że jest jednym z najlepszych na tej pozycji w świecie.

Wielu zawiódł wczoraj Fernando. Pamiętajmy jednak, że nie możemy wymagać od niego cudów w każdym meczu. Niewątpliwie mogło to wynikać z towarzyszącej mu ogromnej presji. Ciągle nie jest bowiem przyzwyczajony do takich spotkań. El Nino mógł wczoraj śmiało dołożyć 2 bramki do tegorocznego worka swych łupów. Intuicja podpowiada mi, że Torres będzie miał dużo więcej ciekawszych 'ofert' dla Cecha w rewanżu.

Mecz za 7 dni na Stamford Bridge na pewno będzie miał już inny przebieg. Liverpool raczej nie zaatakuje zdecydowanie od 1 minuty, ale i nie będzie tylko bronił dostępu do własnej bramki przez całe spotkanie. Do gry w zespole The Blues wróci Essien, co nie będzie dobrą nowiną dla Beniteza, gdyż ciemnoskóry pomocnik imponuje ostatnio dobrą formą.

Liverpool potrzebuje jednej bramki do awansu pod warunkiem, że nie strzelą jej gospodarze i wydaje się to całkiem realne. Czerwoni od paru lat nie dysponowali takim potencjałem ofensywnym. Jeśli tylko zachowają skuteczność, która zademonstrowali w starciu rewanżowym z Arsenalem to Moskwa może zostać zalana czerwoną falą za kilka tygodni.

Chelsea dysponuje wspaniałym rekordem spotkań bez porażki na własnym stadionie, ale jak brzmi piosenka polskiego wykonawcy:

'Nic nie trwa wiecznie, niebezpiecznie jest wierzyć w to...'.

Liverpool to zespół, który już w swej historii udowadniał, że dla tej drużyny nie ma pojęcia Mission Impossible. Powiedzmy sobie szczerze, czy remis 2-2 na wyjeĽdzie z tym zespołem to nierealne osiągnięcie?

Nie wydaje mi się a wiara naprawdę czyni cuda.

Liverpool znów zagra w finale Ligi Mistrzów i uda się na podbój Moskwy, oby tylko z lepszym skutkiem niż Napoleon w 1812 roku...



Autor: AirCanada
Data publikacji: 23.04.2008 (zmod. 02.07.2020)