player
 
Osób online 410

Drugi zlot (2006)

Artykuł z cyklu Zloty Fanów


Wszyscy długo czekaliśmy na 10 sierpnia 2006 roku. Mijały miesiące, mijały dni, godziny… i w końcu wypadało spakować się na upragniony 2 zlot fanów Liverpoolu pod patronatem LFC.pl. Wraz ze swoją dziewczyną – Anią docieram przed 11 do Inowrocławia na dworzec PKS. Tam czekamy na Wievióra, Liverpollovera i Wojtka, którzy mieli do pokonania trasę z dworca PKP. Panowie z ciężkimi torbami i plecakami docierają wkrótce, następują pierwsze długo wyczekiwane przywitanie, uściski dłoni. Wkrótce na peron podjeżdża autobus do Przyjezierza, kupujemy bilety ulgowe i umiejscawiamy się na tyłach Naszego środku transportu. W czasie podróży Wojtas ni stąd ni zowąd wyjmuje z kieszeni … lizaka wprawiając współtowarzyszy podróży w ekstazę śmiechu. Docieramy wreszcie do Przyjezierza, otwieram drzwi, torba Wiewióra wpada do kałuży, małe ‘przepraszam’ i wszystko jest już w porządku. W międzyczasie Paweł dzwoni do Arka, by podjechał zabrać Nam ciężkie torby, gdyż do Ostrowa mamy zamiar wybrać się spacerkiem. W trakcie dzwonie do Korka dowiedzieć się, kiedy dojedzie na miejsce spotkania. Otrzymuję informację o małej libacji na nadmorskiej plaży, co burzy mój spokój.

Jesteśmy

Wkrótce docieramy do Ostrowa. Na miejscu czeka Belaiza z wcześniej wspomnianym Arkiem, Rysiu a także Arti z mamą i tatą. Kolejne wspólne uściski, buziaki. Chcieliśmy jak najprędzej się rozpakować, ale okazało się, że chęci na pierwsze dialogi są zbyt duże i pierwsze rzeczy z Naszych bagaży wyjmujemy po 2, 3 godzinach. Dociera do Nas także Levy z rodzicami, którzy chcieli zobaczyć w jakich warunkach i z kim przez kilka dni będzie obcowała ich pociecha. Po kilku dialogach i zapewnieniach rodzice Naszego redaktora w spokoju ducha odjeżdżają do domu. Wspólnie z Wieviórem, Artim i Wojtkiem udajemy się do Ostrowa na miejscowy przystanek PKS, by odebrać kolejne ‘liverpoolskie plemię’.

Z autobusu wychodzi Cowboy, Across, Daniel i Maytman. Pomagamy chłopakom dźwigać niektóre manatki i prowadzimy ich do miejsca zakwaterowania. Czas skoczyć po coś do jedzenia i do picia prawda? Pakujemy się w auto Arkadiusza i jedziemy do Przyjezierza na zakupy. W bramie mijamy Kazika, który także dojechał. Pokazał Nam na palcach ile chce piw i nastąpiła chwila rozstania z Naszym kolejnym zlotowym kolegą. Na miejscu w Przyjezierzu kupujemy kiełbaskę na grilla a także piwo, które miły ekspedient co chwila wyjmował z lodóweczki. Wracamy do ‘domu’ tam niektórzy wolą rozmawiać na ganku, jedni grają w piłkę a drudzy w siatkówkę. Wieczorem przychodzi moment długo oczekiwanego grilla. Arek z Cowboyem uczestniczą w tym wielkim procederze, czym można nazwać, przygotowywanie liverpoolskiej kolacji. Wreszcie nadchodzi moment jednego z najsłynniejszych haseł zlotowych.

Podchodzi Arek do Nas:

Air: „Arek ile jest jeszcze kiełbasy dokładnie”

Arek „ W ch**”

Air „ Tzn ile?”

Maytman „W ch** – znaczy sie dużo”

Wszyscy w tym momencie położyli się równo pod stołami, nie mogąc dojść do siebie przez dłuższą chwilę. Większa część redakcji zmęczona podróżą i świadoma piątkowej potyczki z Resztą Świata wcześnie położyła się spać (23-24). Na placu boju pozostali: Kazik, Belaiza, Levy, Arek, Voyteck i Cowboy.

Wspólnie z Wieviórem i Anią (Liverpoollover poszedł się wtedy bodajże myć, chociaż może nie, gdyż Nasz redakcyjny kolega, bardziej ceni sobie poranne mycie) nie mogliśmy zasnąć przez brzęczące muchy, więc wzięliśmy buty w dłonie i urządziliśmy sobie polowanie. Padło łącznie koło 40 sztuk, ale niedobitki i tak skutecznie potrafiły wszystkich zbudzić drugiego dnia z samego rana.

Drugi dzień

Drugiego dnia wszyscy spotykamy się na ‘porannej wieczerzy’ w stołówce. Mieliśmy później kierować się do Przyjezierza na plażę, jednak pogoda tego dnia najwyraźniej nie zachęcała do spacerów. Przeczekaliśmy więc deszcz i postanowiliśmy zagrać mecz. Wcześniej jednak bardzo ważny moment. Mianowicie ‘Malowanie zlotowej flagi.’ Większość nie miała nigdy sprayu w ręku, więc niechętnie chciałaby brać na siebie ten spory ciężar odpowiedzialności. W końcu Arek bierze sprawę w swoje ręce a z ust jego niesamowitej żony pada cytat: „Do malowania to ku*** nie było chętnych.”. Wreszcie udaje się dokończyć misję malowania. Dumni robimy zdjęcia Naszej fladze, by potem powiesić ją w należnym i widocznym miejscu przy pierwszym z domków zamieszkałych przez Levego, Kazia i Wojtasa.

Mecz

Nadszedł czas meczu. Nawierzchnia była śliska i w niektórych momentach ciężko było utrzymać się na boisku.

Stoją: Daniel, Voyteck, Air, Cowboy, Kazik i Wieviór

Na dole: Liverpoollover, AcRoSs, Arti, Rysiu, Maytman i Levy

Drużyna redakcyjna zagrała w składzie: Liverpoollover, Wieviór, Daniel, Arti, Levy, Across, Air

Reszta Świata: Kazik, Rysiu, Voyteck, Cowboy, Maytman

Arek nie był tego dnia ze względu na „niezbyt dobre przygotowanie motoryczne’ zdolny do gry. Redakcja miała więc w obwodzie 2 zmiany, w czasie gdy Nasz przeciwnik nie mógł pozwolić sobie na taki przywilej. Graliśmy po 5-ciu w tym bramkarz. Na mokrej płycie boiska dużo dużo lepiej czuła się redakcja. Tak jak się należało spodziewać, zawodnicy LFC.pl byli zgrani i szybciej zaczęli rozumieć się na boisku. Efektem było zwycięstwo sporych rozmiarów 10:1 bez historii. Po meczu wymiana koszulek, uściski dłoni, wspólne zdjęcia. Cowboy zapowiada wielki rewanż następnego dnia. Po meczu niektórzy idą pod prysznic, drudzy idą wykąpać się prosto do jeziorka, Wieviór i Kazik zrezygnowali z tej drugiej przyjemności, tylko Air i Rysiu nie odmawiają sobie kąpieli w zimnej wodzie.

Posiłek

Zrobiliśmy się wszyscy głodni, Belaiza daje sygnał: CZAS NA PRZYJEZIERZE i wszyscy udajemy się na posiłek. Wszyscy ubrani na Czerwono maszerujemy ulicą wywołując totalne poruszenie wśród mijanych ludzi. Gdy wrzucamy na gardła ‘płytę’ z przyśpiewkami: ‘Liverpool Liverpool.’ Czy „YNWA” to już w ogóle totalny chaos…Belaiza zarzuca Nam jednak fałszowanie i tu przyśpiewki się kończą. Jedliśmy w różnych miejscach, żeby każdy mógł zamówić sobie, to co lubi, ale na koniec i tak spotykamy się wszyscy razem w pizzerii. Levy czuję się tam jak ryba w wodzie. Jak zwykle robimy sobie masę zdjęć, wywołując spore zdziwienie ekspedientek w pizzerii. Siedzimy sobie i siedzimy a tu nagle za oknem jakiś młody fan w koszulce Liverpoolu, szybka decyzja ‘gonimy go’ by zrobić sobie wspólne zdjęcie. Z Pubu momentalnie wybiega jakieś 10 osób, gdyż reszta nie była do końca zorientowana, co chcemy zrobić. Idziemy za gościem, lecz on jakby przyśpieszał. Krzyczymy za nim ‘teee!! Liverpool’ w końcu musieliśmy zacząć biec. Dopadamy malca w mini-lasku przy jeziorze wywołując przerażenie na jego twarzy. Pytamy: ‘Chcesz sobie pstryknąć fotkę z fanami Liverpoolu?’ Mały wciąż przerażony ‘yhy…’ Zdjęcie zrobione…Na pożegnanie pytanie ‘Na jaką stronę Liverpoolu wchodzisz?’ ‘yyyyy na różne’. Następnie pożegnaliśmy Naszego młodego przyjaciela i udaliśmy się do reszty ekipy w pizzerii.

Kto nie skacze ten za Chelsea

Po jedzeniu czas na zakupy w sklepie monopolowym. Soczki, napoje, coś słodkiego do jedzenia i te sprawy. Docieramy do Ostrowa, pakujemy wszystko do lodówek, niektórzy zlotowicze udają się na odpoczynek do domków, inni postanawiają grać w karty. Przewodziła ‘dupa biskupa’ wywołująca masę śmiechu na twarzach uczestników gierki. Wieczorkiem nadszedł czas kolacji a potem kolejna impreza na ganku. Łączymy stoły, wszyscy zasiadają i przy Carlsbergu, tudzież innym piwku czy też soczku zasiadają do rozmów na tematy ogólne czy też liverpoolskie. W tym czasie z Levego wyszedł cały antysemityzm, ahh te żydowskie hasełka prawda? To oczywiście żarty znane szerzej wszystkim uczestnikom zlotu. W czasie wspólnego biesiadowania pada wreszcie hasło: „Kto nie skacze ten za Chelsea, hej hej, kto nie skacze…’ niemal wszyscy, którzy byli na daną chwilę w stanie wstają z miejsc i zaczynają objęci skakać przy stole głośno śpiewając. Nie zabrakło też przyśpiewki wychwalającej coraz jaśniej świecącą gwiazdę Anfield „Momo Sissoko !!! Momo Sissoko !!!’ co wzbudziło chwilową złość Arka z powodu hałasu jaki wywołaliśmy. Doprowadzamy się do porządku, by dalej spokojnie biesiadować. Wszyscy późno kładziemy się spać. Redakcja już wtedy czuła, że następnego dnia w trakcie meczu może nie być w najwyższej dyspozycji…

Trzeci dzień

Trzeciego dnia wstajemy w większości stosunkowo późno. Budzi Nas piękna słoneczna pogoda i jak zwykle bywa… brzęczenie much. Matka boska barnesowska przypomniała więc sobie o swoich liverpoolskich dzieciach. Idealna pogoda na piłkę. Wspólne śniadanko a potem nadchodzi czas na niezapomniany i pełen wrażeń spektakl.

Kolejny mecz

Drużyna przeciwnika wzmocniona Arkiem miała wreszcie do dyspozycji zmiennika. Na wyraźne życzenie Wojtka tego dnia gramy 2*30 a nie 20 jak miało miejsce poprzedniego dnia. Od początku spotkania było widać jak bardzo obydwie drużyny chcą wygrać spotkanie. W drużynie RESZTY ŚWIATA bryluje Ryszard, który napędza całą koniunkturę na prawym skrzydle sprawiając sporo problemów w szeregach REDAKTORÓW. W bramce świetnie spisywał się jednak Liverpoollover. LFC.pl wyraźnie gra słabo, czego efektem jest przewaga dwóch bramek przeciwnika (4:2). W końcu następuje zryw. W 3 minuty redakcja serwisu wychodzi na prowadzenie 5:4 i gdy wydawało się, że zejdzie z boiska jako triumfator, cios w końcówce meczu zadają przeciwnicy. Po wspólnych ustaleniach gramy dogrywkę 2 razy 10 minut. Pada w niej po jednej bramce dla każdej z drużyn i do wyłonienia zwycięzcy potrzebne są Nam rzuty karne. Każda z ekip miała po 7 strzałów. W drużynie redakcji pomylili się Wieviór (strzelił jak Beckham), Levy i Arti, rywale strzelali zdecydowanie skuteczniej i to Oni mogli się cieszyć po tym meczu.

Mecz był bardzo zacięty czego efektem mogły być kontuzje: Air (kostka) Wieviór (mięśnie) Aras (naciągnięty mięsień i zdarte kolano), Daniel (piszczel). Jednak wszyscy po jakimś czasie doszli do siebie i obyło się bez wzywania karetek pogotowia.

Pizza, zdjęcia i siatka

Jako, że niewielu po tak ciężkim i wycieńczającym spotkaniu miało ochotę na wycieczkę do Przyjezierza postanowiliśmy, że obiad przyjdzie do Nas. Arek wspólnie z Anią, Cowboyem i Acrossem przywieźli Nam pizzę, którą raczyli się wszyscy zlotowicze. Niektórzy musieli się po tym sytym posiłku położyć, gdyż ryzykowali pęknięciem spacerując sobie po Naszym kurorcie.

Dobiegała 18. Doszliśmy do wniosku, że czas wreszcie na grupowe zdjęcia w przeróżnych miejscach ośrodka. Tak więc zaczęła się sesja fotograficzna. Na jednym zdjęciu jest nawet gościnnie babcia z chustą na głowie. Niedługo potem rozpoczął się siatkarski mecz Polska-USA w Spodku. Mieli niektórzy ze sobą gadżety reprezentacji. Oglądaliśmy mecz w skupieniu, Ci którzy nie mieli tego dnia aż tak wielkiej ochoty na volleyball udali się na pomost, by uciąć sobie pogawędkę ogólną o zlotach fanów i miejscach, które najlepiej się do tego nadają.

Ognisko

Wieczorem nadszedł czas na ognisko. Przedtem w jednym z domków nastąpiła operacja ‘muchozol’ mająca na celu ubicie Naszych nadgorliwych małych latających domowników, która zakończyła się 70%-towym efektem. Wkrótce przyjechał tata Kazika i musiał Nam zabrać kompana z powodu niedzielnego wyjazdu do Szwecji. Uściski, pożegnania i już było Nas mniej. Po ognisku niektórzy zaczęli pakować niektóre rzeczy, by w niedzielę rano nie robić wszystkiego na ostatnią chwilę. Rozpoczęły się dialogi w domkach. Od godziny 2.00 dali o sobie znać ‘liverpoolscy kolędnicy’. Air, Wievior i Arti tak bardzo wczuli się w zapach Świąt, że począwszy od ‘wielkiej nocy’ do ‘dzisiaj w betlejem’ przez ‘cichą noc’ przelecieli jakieś 8 kolęd zarówno w domku jak i na terenie całego ośrodka. Do śpiewania chciał się przyłączyć Liverpoollover, ale nikła znajomość tematu nie pozwoliła mu na długo dokładać swoich nut. Koło 3.00 doszliśmy do wniosku, że czas odwiedzić Naszego namiotowego ‘Rooneya’ – Ryśka. Ania, Wieviór, Arti i Air podeszli do jego namiotu z latarką i po chwili usłyszeli:

Rysiu: "Kto tam?"

Air: „Rysiulek idziesz z Nami na pachtę?"

Rysiu „Na jaki pasztet?"

Uciekliśmy jak zwykle z bananami na twarzach do domu, zgasiliśmy światło, śmiech totalny i nagle wchodzi Rysio: „I co idziemy?!’. Polegliśmy równo…

Dyskutowaliśmy od tamtego momentu w pokoju na temat życia w Anglii, pracy na Wyspach i braku porównania w wielu aspektach życia pomiędzy tym krajem a Polską. Spać poszliśmy parę dobrych minut po 4-tej.

Ostatni dzień

W niedzielę rano czas na śniadanko. Arti po 8 wchodzi do Naszego pokoju, by się z Nami pożegnać, gdyż wcześnie rano wracał do Knurowa. Pan Wacek (właściciel ośrodka) udostępnia kuchenkę, byśmy mogli zjeść kiełbasę, której nie wykorzystaliśmy podczas ogniska. Nie wszyscy mając w pamięci doświadczenia, jakie zastali po grillu i ognisku mieli jednak ochotę na tą formę posiłku. Deszcz lał z nieba bardzo hojnie, a My musieliśmy zacząć się pakować. W międzyczasie pożegnał się z Nami Cowboy, który miał wcześniej autobus. Przed 12 spakowaliśmy rzeczy do samochodu Arka, który zabrał Nam bagaże na przystanek do Ostrowa. Wszyscy na piechotkę smutni, że to już koniec udaliśmy się w drogę.

Chwila rozmowy nieopodal przystanku. Przyjeżdża wreszcie autobus, żegnamy się wszyscy z Belaizą i Arkiem. Nadchodzi czas by podbić Inowrocław. Dojeżdżamy na tamtejszy dworzec i udajemy się do centrum, gdzie znajduję się pub, w którym mamy oglądać mecz o „Puchar Tarczy” jak to lirycznie nazwał Wieviór. Klamkę za drzwi w pubie łapie Rysiu i okazuję się, że jest zamknięte. Podbici psychicznie rozkładamy walizy na ławkach na starówce. Rysiu się jednak nie poddał i wraz z Liverpoolloverem rozpoczynają poszukiwania. Po 20 minutach wracają, gwiazda RESZTY ŚWIATA macha z daleka szalikiem i wiemy już, że wszystko będzie zgodnie z planem.

Wchodzimy do pubu LECH w centrum Starówki, wszyscy niemal na czerwono wywołując poruszenie Pani za ladą i innych mieszkańców. Wywieszamy 2 flagi Liverpoolu, zamawiamy coś do jedzenia i przygotowujemy się do oglądania meczu. Bramka Johna Arne Riise doprowadza do szału radości przy Naszych stolikach. Wszyscy skaczą, przybijają piątki. Gdy wyrównał Sheva, miny nieco Nam zrzedły, ale ciągle mieliśmy nadzieję, na zwycięstwo. Po przerwie nadchodzi wreszcie moment, gdy Bellamy dogrywa piłkę idealnie na głowę Croucha, który nie dał szans przeciwnikowi. Wpadamy sobie z Acrossem w objęcia, wszyscy szaleją ze szczęścia, piwo prawie spadło ze stolików. Wreszcie koniec. Mamy tarczę! Obejrzeliśmy jeszcze celebrację i czas się było zacząć żegnać. Rodzice Levego w międzyczasie robią Nam pamiątkowe zdjęcia.

Jednak czas płynął nieubłaganie. Wszyscy zaczęli się przytulać, całować i mówić sobie „Do zobaczenia za rok”. Wspólnie z Anią, Wieviórem i Ryśkiem udaliśmy się w kierunku dworca PKS. Uściskaliśmy Pawła, który poszedł dalej na pociąg do Trójmiasta. Rysiu wrócił do pubu, gdzie czekali jeszcze Piotrek, Daniel, Wojtas i Maytek, którzy mieli później pociągi powrotne. Liverpoollover zabrał się razem z Levym i jego rodzicami do Warszawy.

Zlot ten podobnie jak poprzedni przejdzie na trwałe do historii, dzięki niesamowitym tekstom i rzeczom jakie się tam działy. Luźne rozmowy z GG, czy forum stały się wreszcie spotkaniem na żywo, a nicki zamieniły się w twarze. Mamy wielką nadzieję, że za rok na 3-cim zlocie fanów pod patronatem LFC.pl będzie Nas jeszcze więcej.

Air

Lista zlotowiczów

1. Cowboy

2. Ania

3. Belaiza

4. Arek

5. Air

6. Wieviór

7. Arti

8. Maytman

9. AcRoSs

10. Daniel

11. Levy

12. Liverpoollover

13. Voyteck3

14. Kazik

15. Rysiu

16. Mama Artiego

17. Tata Artiego



Data publikacji: 31.10.2009 (zmod. 02.07.2020)