player
 
Osób online 79

Oskar (styczeń 2014)

Artykuł z cyklu Wspomnienia z Anfield


Zawsze miło jest w końcu trafić do domu po dłuższym czasie. W ostatnią sobotę mi się ta sztuka udała, chociaż musiałem czekać na to prawie 19 lat. Krótko mówiąc, byłem jednym z 44 737 kibiców na Anfield w meczu z Aston Villą. Brzmi dumnie.

Do swojego debiutu zabierałem się od kilku lat. Najtrudniejszy jak zwykle jest pierwszy krok, a taki wykonałem w lipcu, kiedy to zakupiłem membershipa. Niestety nie wiedziałem, że sprzedaż biletów na pierwszą część sezonu rusza już na następny dzień, dlatego nie będąc przygotowanym, odpuściłem, stwierdzając, że dopiero w listopadzie zaatakuję wirtualną kolejkę. Tak też się stało i choć miałem już w koszyku bilet na spotkanie z Arsenalem, to jednak z ograniczoną widocznością, a i termin dużo mniej mi odpowiadał. W związku z tym trzymałem się planu wyjazdu na Aston Villę. Bez większych problemów zaklepałem miejsca w trzecim rzędzie na trybunie Anfield Road Lower. Bajka.

Czas do stycznia zleciał niesamowicie szybko. W międzyczasie jeszcze lot, hotel i uzbieranie czegoś na wydatki, bo ciężko przecież nic nie kupić w sklepiku na stadionie. 17 stycznia przed północą wylądowałem w mieście posiadającym najpiękniejszy obiekt piłkarski na świecie, a następnie odliczałem już tylko godziny do rozpoczęcia starcia. Angielskie śniadanko, koszulka Coutinho, czapeczka, szaliczek i w drogę. Początkowo wybrałem się do centrum, gdzie dało się odczuć atmosferę meczu, gdyż co druga czy trzecia osoba miała na sobie coś czerwonego. Około 15 nadszedł ten moment. Ujrzałem Anfield... i pierwszy raz przetarłem oczy.

Spodziewałem się świetnego klimatu wokół stadionu, ale to wszystko przeszło moje oczekiwania. Ilość sklepików czy pubów jest po prostu kosmiczna i można odnieść wrażenie, że to miasto ma jeden sens życia. Życia dla Liverpool Football Club. Asortyment oficjalnego sklepu znałem akurat doskonale, więc jedyną rzeczą, jaka mnie zaskoczyła były... Plakaty i kubki Joe Cole'a na dolnej półce w jednym z rogów. Oczywiście nie muszę dodawać, że plakat wisi już nad moim łóżkiem, a herbaty nie wypiję w niczym innym, niż właśnie w tym kubku. Na kolejne zaskoczenia nie trzeba było długo czekać. Najpierw zachwyciła mnie magia the Park Pub, który znajduje się tuż przy stadionie. Nie wnikam w to, ile osób nie dotarło stamtąd na mecz z powodu nadmiernej ilości piwa, ale to, co tam się dzieje jest po prostu nie do opisania. Polecam zresztą obejrzeć moje nagranie.

Jakimś cudem w porę wydostałem się na zewnątrz (nie to, żebym narzekał) i skierowałem się prosto na trybunę. Przechodząc obok wejścia dla VIP-ów, nagle zauważyłem spore zamieszanie na parkingu. Podszedłem więc, będąc ciekawskim i kogo ujrzałem? Mamadou Sakho! Tak, ta bestia właśnie w tym momencie podjechała swoim imponującym czołgiem. Nie zdołałem zrobić dobrego zdjęcia, bo dwójka ochroniarzy szybko znalazła się przy nim, ale i tak całkiem przyjemnie było mieć go na wyciągnięcie ręki.

Chwilę potem nie tylko Sakho był na wyciągnięcie ręki, a wszyscy zawodnicy. Co prawda w trakcie rozgrzewki przez ponad pół godziny przed nosem cały czas przelatywał mi... Brad Guzan, ale zawsze coś. Tuż przed pierwszym gwizdkiem odśpiewano oczywiście magiczne You'll Never Walk Alone (również do zobaczenia tutaj). Na tym skończyła się sielanka, gdyż jak wiadomo, the Reds nie rozegrali zbyt imponujących zawodów. Całe szczęście jeszcze przed przerwą do siatki trafił Sturridge. Po karnym Gerrarda liczyłem, że to będzie wymarzone 3:2 w moim debiucie na Anfield, ale tego dnia gra się ewidentnie nie kleiła. Końcowy gwizdek oznaczał powolny powrót do hotelu i rzeczywiście taki był, ponieważ zdecydowałem się na spacer. Nie dość, że trwał on ponad godzinę, to jeszcze w połowie drogi zaczął padać deszcz. No ale w Liverpoolu nawet deszcz jest przyjemny. Uświadomiłem sobie także, że nie wiem, kto strzelił pierwszego gola dla Aston Villi i kto asystował przy bramce Sturridge'a. Przez te emocje przestałem dostrzegać podstawowe rzeczy, ale stwierdziłem, że nie ma jednak w tym nic dziwnego.

W Liverpoolu zostałem jeszcze na dwa dni, szwędając się po mieście między innymi śladami Beatlesów. Ogólnie rzecz biorąc zaskoczył mnie fakt, że w przeciągu całego weekendu w centrum miasta widziałem maksymalnie trzech kibiców Evertonu. Pomyślałem, że jeśli dwie godziny przed ich poniedziałkowym meczem z West Bromem na wyjeździe pojadę na Goodison Park, to przynajmniej tam znajdę większe zbiorowisko. Nic z tego. Cisza kompletna, żadnych pobliskich pubów i nawet oficjalny sklepik zamknięty już o godzinie 18. A sam stadion, jakby to delikatnie powiedzieć, również średnio atrakcyjny.

We wtorek w Polsce przywitał mnie śnieg i wtedy tak naprawdę do mnie dotarło, skąd wróciłem i że spełniłem swoje marzenie. Dla większości fanów było to kolejne zwykłe spotkanie, nawet raczej okazja do napicia się i pośpiewania w pubie. Dla mnie jednak coś szczególnego i to jest właśnie niesamowite w naszym praktycznie wiecznym kibicowaniu na odległość. Bo kiedy już znajdziemy się na miejscu, to aż ciężko nam w to uwierzyć. Wszystkim Wam życzę, żebyście także doświadczyli tego na własnej skórze. W końcu za rok powrócą europejskie wieczory!

Oskar



Autor: Oskar
Data publikacji: 24.01.2014 (zmod. 02.07.2020)