LIV
Liverpool
Premier League
14.04.2024
15:00
CRY
Crystal Palace
 
Osób online 965

Tąpnięcie, które przeszło do historii

Artykuł z cyklu Artykuły


Trent Alexander-Arnold, gdy schodził z boiska, popatrzył na świętujące Main Stand i w geście radości podniósł w górę siedem palców.

Prawy obrońca Liverpoolu doskonale zdaje sobie sprawę z wagi tej rywalizacji, a wyraz jego twarzy odzwierciedlał nastroje na Anfield – połączenie euforii ze zdumieniem.

Wszystkie przedmeczowe rozmowy sprowadzały się do zmiany równowagi, która dotknęła dwa najbardziej utytułowane angielskie kluby. Transformację Manchesteru United, jaką ten przeszedł pod wodzą Erika Ten Haga, porównywano z regresem Liverpoolu.

Czerwone Diabły, bez zwycięstwa na Anfield od siedmiu lat i rozochocone tryumfem w Carabao Cup, poczuły krew. Życie powiedziało jednak “sprawdzam” w sposób, jaki zapamiętają na zawsze.

Słowo “porażka” nie oddaje tego, co się wydarzyło. To było całkowite upokorzenie. Dla drużyny Kloppa była to rzecz warta zdecydowanie więcej niż kolejne trzy punkty. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś podobnego i pewnie już nie zobaczymy. Napawajcie się tym.

Było to największe zwycięstwo w 111-letniej historii rywalizacji tych klubów (przebiło zwycięstwo 7-1, jakie Liverpool odniósł w 1895 roku, gdy United nazywało się jeszcze Newton Heath). Wynik ten to również największa porażka w dziejach Manchesteru United, 0-7 przegrywali także przeciw Wolves (1931), Aston Villi (1930) i Blackburn Rovers (1926).

“Chcemy ósmego” - skandowała publiczność pod koniec meczu, gdy ośmieszeni goście czekali tylko na zakończenie tej udręki.

Liverpool był w raju. United wyglądali na upokorzonych – trybuna gości opustoszała na długo przed ostatnim gwizdkiem.

Nagle sezon, który wydawał się stracony, dostarczył takich wrażeń, które zapewniły wspomnienia i energię. Nagle rozmowy o cudzie, który na Santiago Bernabeu odwróci losy Liverpoolu w tej edycji Ligi Mistrzów, nie wydają niedorzeczne.

Nie, kiedy Liverpool atakuje z tą błyskawiczną szybkością, zadziornością, płynnością i bez litości. Nie, kiedy tak dobrze broni jako jedność. Nie, gdy najważniejsi członkowie sztabu odzyskali rezon. Nie, gdy wiara została przywrócona tak wyraźnie.

Wyobraźcie sobie, że ktoś miesiąc temu, po tragicznej porażce 0-3 z Wolves na Molineux powiedział wam, że Liverpool znajdzie się w tej sytuacji – trzy punkty za czwartym Tottenhamem, który rozegrał jeden mecz więcej.

Wówczas to drużyna Kloppa była w rozsypce, a menedżer stał na stanowisku, że mierzy się z najgorszym kryzysem za swoich rządów. Jego zespół był zupełnie bezzębny z przodu i bezradny z tyłu. Tego nie dało się oglądać. Zdobyli jeden punkt na 12 możliwych. Po raz pierwszy od 1993 roku stracili po trzy bramki w trzech wyjazdowych ligowych meczach z rzędu.

Co się zmieniło? W jaki sposób zgarnęli 13 z 15 możliwych punktów i zachowali czyste konto w pięciu meczach z rzędu?

Bardzo pomógł powrót Virgila van Dijka i Ibrahimy Konaté. Stoperzy uzupełniają się doskonale i zapewniają ten rodzaj przywództwa i opanowania, którego brakowało.

Równie ważny było odrodzenie Fabinho po fatalnym okresie. Tylko jeden Brazylijczyk sprawił, że linia obrony błyszczała na Anfield i nie był to Casemiro. Fabinho, który zaliczył trzy przechwyty, mógł liczyć na wsparcie doświadczonego kapitana Jordana Hendersona i żywiołowego Harveya Elliotta. Jeden i drugi zaliczył po asyście.

Nikt na boisku nie odebrał piłki tyle razy co Henderson (11) i nikt nie przebiegł większego dystansu (10,1 km) ani nie zaliczył więcej podań (45) niż Elliott. Zrównoważony środek pola wspierał linię ataku i gospodarze wielokrotnie stwarzali zagrożenie pod bramką rywali.

Idąc dalej, Liverpool błyszczał, gdy napastnicy szaleli. Najbardziej budujący był widok nacierających graczy Liverpoolu tuż po rozpoczęciu drugiej połowy, gdy dzięki Cody’emu Gakpo prowadzili już 1-0, a wspaniałym podaniem popisał się wówczas Andy Robertson.

Wcześniej widzieliśmy przebłyski geniuszu, ale dopiero teraz byliśmy świadkami prawdziwej nieustannej nawałnicy w wykonaniu nowej linii ataku Kloppa. Tak, United żałośnie skapitulowało, ale Liverpool był wspaniale bezlitosny.

The Reds uprzedzili United w ściągnięciu Gakpo z PSV Eindhoven w styczniowym okienku i mimo trudnego początku Holender naprawdę rozkwitł, podobnie jak Darwin Núñez. Cierpliwość jest cnotą. Można dostrzec wartość czasu spędzonego na treningu. Teraz prezentują się jak należy.

23-latkowie Gakpo i Núñez są przyszłością i coraz lepiej się rozumieją. Zdobycie dwóch bramek w meczu takiej wagi pozwoli im wejść na kolejny poziom.

Cóż to był za dzień także dla starej gwardii. Mohamed Salah został najlepszym strzelcem Liverpoolu w Premier League, przeskakując w tej klasyfikacji Robbiego Fowlera ze 128 bramkami, rozgrywając 61 meczów mniej od legendy the Reds.

- To wyjątkowa rzecz. Nie kłamię - powiedział Salah. - Myślałem o tym rekordzie od kiedy przyszedłem do klubu. Po swoim pierwszym sezonie ciągle do niego dążyłem. Osiągnięcie tego i to jeszcze w meczu przeciwko United i przy takim wyniku, jest czymś niewyobrażalnym. Wrócę do domu, będę świętował z rodziną, wypiję rumianek i pójdę spać.

Egipcjanin, który zdobył dwie bramki i dopisał tyleż asyst, ma na swoim koncie już 12 bramek w 12 meczach przeciw Czerwonym Diabłom - więcej niż jakikolwiek gracz Liverpoolu. Tym razem zadręczył Lisandro Martineza.

Hałas, towarzyszący Salahowi, który po bramce nr 6 rzucił koszulką i słuchał szału trybun, był niesamowity. Tak czy inaczej, wybuch emocji po siódmej bramce to już inny poziom.

Idealnie się złożyło, że to właśnie wchodzący z ławki Roberto Firmino powiedział ostatnie słowo w tym meczu, po tym jak ogłosił, że jego ośmioletnia przygoda z klubem dobiegnie końca w to lato. Koledzy z drużyny ruszyli, by cieszyć się razem z nim.

- Nienormalny wynik, topowy występ. Naprawdę wyjątkowa noc - powiedział Klopp. - Myślę, że wszyscy zobaczyli, jak dobrzy mogą być chłopcy.

Oczywiście nadal potrzebne są wzmocnienia, ale może uciszone zostały niektóre absurdalne głosy mówiące o konieczności gruntownej przebudowy. W tym składzie wciąż drzemią poważne pokłady talentu i United przekonało się o tym dobitnie.

Tak, Liverpool nic nie osiągnął w tym sezonie. Tak, żeby ten rezultat na coś się przydał muszą walczyć dalej i zapewnić sobie miejsce w top4. Nie umniejszajmy jednak znaczenia tego, co się wydarzyło.

Tego dnia cała frustracja tego sezonu została rozbita w pył w nadzwyczajnym stylu. Liverpool 7, Manchester United 0. To było tąpnięcie, które przeszło do historii.

James Pearce



Autor: GiveraTH
Data publikacji: 07.03.2023