Szacunek dla Cole'a
Oprócz Stevena Gerrarda i być może Raula Meirelesa mało który zawodnik Liverpoolu nie powinien czuć wstydu po występie na Goodison Park. Joe Cole jednak wszedł w rolę pierwszego, który pochylił głowę z pokorą i przynajmniej za to powinniśmy mu dziękować.
Kibice nie są ślepi i doskonale wiedzą, kiedy zawodnik nie jest w formie. Szkoda, że niektórzy starają się czasami omamić fanów zapewniając, że wszystko jest w porządku.
Cole nie bał się powiedzieć, że jest w największym dołku w całej swojej karierze. Anglik nie zamierza niczego ukrywać, a wyznać coś takiego tuż po porażce z największym rywalem wymaga wiele odwagi.
Kiedy Joe podpisał kontrakt z Liverpoolem byłem w siódmym niebie, gdyż zawsze uważałem, że prezentuje on najwyższą klasę na boisku. W niedzielę pokazał, że ma ją także poza murawą.
Jeśli utrzyma odpowiednie nastawienie i będzie ciężko pracował, owoce zobaczymy raczej prędzej, niż później. Nikt nie może zaprzeczyć, że Cole ma talent i jest w stanie wnieść coś do tej drużyny.
Być może jest on ofiarą obecnej sytuacji. Przy braku klasowego skrzydłowego, został on zmuszony do gry na lewym skrzydle, gdzie niewielu widziałoby go w pełni formy i w otoczeniu kompletnego zespołu.
Im szybciej powróci on na swoje miejsce za plecami Torresa i zacznie dogrywać swoje zabójcze piłki, tym prędzej El Nino wróci do pełni formy.
Do tego czasu Joe Cole zasługuje na wsparcie i szacunek za szczerość wobec kibiców.
Hicks i Gillett się wynieśli. Raduj się Liverpoolu!
Zdanie, które za chwile przeczytacie miałem nadzieję napisać przez kilka ostatnich lat:
Tom, George, szerokiej drogi!
Jestem absolutnie zachwycony tym, jak potoczyły się sprawy w londyńskim sądzie w zeszłym tygodniu, a kolejną porcją słodyczy na moje zbolałe serce jest wiadomość, że mamy nowych właścicieli.
Liverpool Football Club będzie mógł nareszcie ruszyć do przodu, a pierwsze znaki wysłane przez NESV pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość.
Być może będziemy mogli wrócić do pierwszej ligi graczy na rynku transferowym, a w styczniu załatać pięć czy sześć dziur, które obecnie są aż nadto widoczne w składzie.
Oczywiście nie stanie się to w ciągu kilku tygodni, ale przynajmniej zaczynamy od nowa z pustą kartką, która czeka aby zapełnić ją chwalebnymi triumfami The Reds. Co za ulga.
Liga Europy musi dodać nam pewności
Zazwyczaj mecze w środku tygodnia wiążą się z ogromnymi emocjami i ekscytacją spowodowaną samym faktem gry w europejskich pucharach. W tym tygodniu jednak nikt w Liverpoolu nie wyczekuje czwartku z rozkoszną niecierpliwością.
Po bolesnych doświadczeniach ostatnich sześciu tygodni, podróż do Neapolu nie napawa nas optymizmem, a rozgrywki Ligi Europy chwilowo stały się dosyć niewygodne.
Jestem pewien, że Hodgson i zawodnicy woleliby zostać w Anglii i porządnie przygotować się do meczu z Blackburn, zamiast spędzać dwa dni we Włoszech, bo obecnie absolutnym priorytetem są ligowe punkty.
Mecz jednak trzeba rozegrać i patrząc na to z optymizmem, zwycięstwo pozwoli Liverpoolowi stanąć o pół kroku od awansu do fazy pucharowej.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w podróż powrotną wszyscy wyruszą w znacznie lepszych humorach.
John Aldridge
Komentarze (0)