player
LIV
Liverpool
Premier League
24.04.2021
13:30
NEW
Newcastle United
 
Osób online 281

Analiza (i piękna gra) w służbie LFC (cz. I)


Mamy przyjemność zaprezentować Państwu obszerną analizę poświęconą nowatorskiemu podejściu do zaawansowanych statystyk, dzięki któremu Liverpool w ostatnich latach wrócił do grona najlepszych drużyn tak na krajowym podwórku, jak i w Europie. W publikacji, jaka kilka dni temu ukazała się na łamach The New York Times Bruce Schoenfeld omawia pracę Iana Grahama i jego zespołu analityków, a także historię przedsiębiorcy Johna Henry’ego, który obecnie ma decydujący głos w sprawach klubu z Anfield. Lekturę polecamy nie tylko amatorom statystyk.

Był listopad 2015 roku, trzeci tydzień pracy Jürgena Kloppa, kiedy Ian Graham – kierownik ds. pozyskiwania danych – przyszedł do biura Niemca niosąc pod pachą sztapel komputerowych wydruków. Graham chciał pokazać Kloppowi, którego dotąd nie poznał osobiście, czym się zajmuje. Miał nadzieję, że zdoła przekonać Kloppa, by ten skorzystał z jego pracy.

Graham rozłożył swoje dokumenty na biurku. Zaczął mówić o meczu, który Borussia Dortmund, poprzedni klub Kloppa rozegrał w minionym sezonie. Odnotował, że Dortmund miał liczne szanse przeciwko potraktowanemu niezbyt poważnie Mainz, mniejszemu klubowi, który ostatecznie zakończył sezon na 11. pozycji. Mimo tego drużyna Kloppa przegrała 2:0. Graham zaczął wyjaśniać, co widać na jego wydrukach, kiedy twarz Kloppa rozjaśniła się. – O, widziałeś ten mecz – powiedział. – To było szalone spotkanie. Rozbiliśmy ich, sam widziałeś!

Graham nie oglądał meczu. Jednak wcześniej tej jesieni, kiedy Liverpool decydował, kim zastąpić trenera tracącego swoją posadę, Graham dostarczył szefostwu liczbowe odwzorowanie każdego podania, strzału i odbioru, jakiego podjęli się zawodnicy z Dortmundu podczas kadencji Kloppa wtłoczone w specjalnie stworzony model matematyczny. Następnie ocenił każdy z meczów Dortmundu w oparciu o jego przeliczenia i wyniki występów każdego z zaangażowanych zawodników. Różnica była uderzająca. Dortmund skończył na siódmej pozycji, podczas gdy z modelu Grahama wynikało, że powinien był zostać wicemistrzem. Konkluzja, jaką wyprowadził analityk była taka, że rozczarowujący sezon nie miał nic wspólnego z Kloppem, choć jego reputacja w tym okresie znacząco ucierpiała. Koniec końców okazało się, że prowadził jeden z najbardziej pechowych zespołów w niedawnej historii.

Podczas wspomnianego meczu z Mainz, jak wynika z wydruków, Dortmund oddał 19 strzałów przy 10 próbach rywali. Kontrolował grę przez blisko dwie trzecie czasu. Do strefy ataku wprowadzał piłkę 85 razy, pozwalając Mainz na to samo tylko 55-krotnie. W polu karnym meldował się 36 razy, 19 razy więcej niż rywale. A jednak przegrali z uwagi na dwa dziecinne błędy. W 70. minucie przestrzelili rzut karny. Cztery minuty później strzelili bramkę samobójczą. Borussia była lepsza w praktycznie każdym aspekcie gry – poza wynikiem.

W piłce nożnej czyste szczęście może wpłynąć na ostateczny wynik w znacznie większym stopniu niż w innych dyscyplinach sportu. Bramki są stosunkowo rzadkie, w Premier League pada ich przeciętnie mniej niż trzy w ciągu 90 minut. Więc różnica pomiędzy rykoszetem trafiającym do siatki, a tym przechodzącym centymetry obok słupka ma – statystycznie rzecz ujmując – znacznie większy wpływ na końcowy wynik niż, dajmy na to, różnica pomiędzy celnym a niecelnym wybiciem podczas home run w baseballu. Graham przedstawił Kloppowi dane dotyczące kolejnego spotkania, rozegranego miesiąc później, z Hannoverem. Statystyki wskazywały na Dortmund nawet silniej niż w meczu z Maiz. Strzały: 18 do siedmiu, wizyty w polu karnym 55 do 13, celne dośrodkowania ze skrzydła: 11 do trzech. – Przegraliście 1:0 – powiedział. – Ale stworzyliście sobie dwa razy więcej okazji.

Klopp niemalże zakrzyknął. – Widziałeś ten mecz?

– Nie, ja tylko…

– Rozbiliśmy ich! Nigdy nie widziałem niczego podobnego. Powinniśmy byli wygrać. Ach, widziałeś to!

Graham nie oglądał także i tego meczu, Zasadniczo powiedział Kloppowi, że nie widział żadnego meczu Borussii z minionego sezonu. Ani na żywo, ani z odtworzenia. Nie było takiej potrzeby, chyba że chciałby podziwiać zapierające dech w piersiach przykłady wysportowania tak typowego dla futbolu albo dramaturgii dwóch drużyn walczących, by narzucić tej drugiej swoją wolę. Słowem – powody, dla których większość kibiców ogląda rozgrywki sportowe. Jednak żeby zrozumieć, co się wydarzyło, musiał jedynie przejrzeć swoje tabele.

W ostatnich latach słynne stały się przykłady analityków sportowych wpływających na taktykę w zawodowym baseballu czy koszykówce. Koniec końców być może nastała era ich oddziaływania na piłkę nożną – dyscyplinę tradycyjnie odporną na statystyki. Graham, który swój doktorat uzyskał na Uniwersytecie w Cambridge, zbudował bazę przeszło 100 tysięcy piłkarzy z całego świata. Polecając tych, których Liverpool winien pozyskać oraz w jaki sposób nowe nabytki należy wykorzystać pomógł zespołowi – niegdyś wspaniałemu i kolekcjonującemu sukcesy – wrócić na szczyt klubowej piramidy.

Niespełna dwa tygodnie temu Liverpool zakończył najbardziej wymagające rozgrywki w historii. Przegrał zaledwie jedno z 38 spotkań, a i tak zakończył sezon na drugim miejscu. Manchester City, obrońca tytułu zdołał uzbierać jedno oczko więcej, od stycznia wygrywając wszystkie mecze. Liverpool ustanowił rekord 97 punktów dla wicemistrza. W tym samym czasie dotarł do finału największych europejskich rozgrywek klubowych, odrabiając w rewanżu trzybramkową stratę w spotkaniu z prawdopodobnie najlepszą ekipą tej epoki, jaką jest FC Barcelona.

W większym stopniu niż inne wielkie kluby Liverpool uwzględnia dane analityków przy podejmowaniu swoich decyzji – tak w sferze korporacyjnej, jak i taktycznej. Trudno ocenić, w jakiej mierze przyczyniły się one do ostatniej formy drużyny Jürgena Kloppa. Jednak niezależnie od wyniku finału z 1 czerwca postęp klubu sprawił, że w Anglii i poza nią „siedzenie z nosem w numerkach” zaczęto nie tyle akceptować, co doceniać. Podczas gdy coraz więcej drużyn skłania się ku zatrudnieniu analityka bez przeszłości w piłce nożnej po to, by nadgonić uciekającą stawkę, sezon Liverpoolu można ocenić jako coś na kształt referendum na temat praktyki.

W Dortmundzie Klopp nie analizował żadnych danych. Nie różnił się przy tym od większości pozostałych menedżerów. W całości pochłaniała go praca na boisku z jego młodą drużyną. Jednak kiedy w 2015 roku Graham rankiem opuścił jego biuro, Niemiec doznał objawienia. Był przekonany, że Graham, który nie widział żadnego meczu Borussii, rozumiał niewyobrażalnego pecha, jaki dopadł żółto-czarnych, niemal tak dobrze, jakby sam prowadził ten zespół. Później Klopp dowiedział się, że bez analizy Grahama, która stanowiła jednak zaledwie jeden z kryteriów podczas rekrutacji, nigdy nie zostałby zatrudniony. – Dział na końcu korytarza? – wypowiedział się na temat Grahama i jego zespołu – Oni są powodem, dla którego jestem tu, gdzie jestem.

W 79. minucie rewanżowego spotkania półfinału Ligi Mistrzów na początku maja piłka została odbita na rzut rożny dla Liverpoolu. Trent Alexander-Arnold, 20-letni boczny obrońca miał już odejść od chorągiewki w kierunku środka pola, zostawiając piłkę koledze. Ale w ciągu tych paru sekund Alexander-Arnold zauważył, że zawodnicy Barcelony są rozkojarzeni. Zaledwie paru patrzyło w jego kierunku. – To była jedna z tych chwil – powiedział – kiedy dostrzegasz okazję. – dodał. Alexander-Arnold zrobił kilka kroków, po czym nagle zmienił kierunek i wstrzelił piłkę w pole karne Barcelony.

Do tego czasu Liverpool w niesamowity sposób wyrównał wynik dwumeczu. Zespół strzelił trzy bramki, nie tracąc żadnej. Przed półfinałami Barcelona była wyraźnym faworytem jeśli chodzi o grę w finale a wynik pierwszego meczu jedynie potwierdzał te przypuszczenia. Po spotkaniu na Camp Nou ktoś, kto chciałby zarobić na awansie Barcelony choćby 100 dolarów, musiał zaryzykować 1800.

Przez niemal całe pokolenie, od 1975 do 1990 roku Liverpool był siłą dominującą. Zdobył 10 tytułów w najwyższej klasie rozgrywkowej. W ciągu ośmiu lat wywalczył cztery Puchary Europy, które to rozgrywki poprzedzały Ligę Mistrzów. W swoim czasie sukcesy Liverpoolu sprawiły, że był on jednym z najbardziej rozpoznawalnych angielskich towarów eksportowych. Fankluby organizowano w całej Europie ale też w miejscach, gdzie dotąd nie dotarła futbolowa gorączka – w Australii i w całej Ameryce.

W tych czasach angielskie kluby prowadzone były przez rumianych biznesmenów, którzy za młody kopali piłkę a później dorobili się majątków na swojskich biznesach: kamieniołomach czy parkingach. Wszystko to zmieniło się, kiedy kluby zaczęły być wykupowane przez najbogatszych ludzi na świecie. W 1997 roku egipski biznesmen i właściciel sieci sklepów Mohamed al-Fayed przejął kontrolę nad Fulham, londyńskim drugoligowcem i doprowadził do jego awansu do Premier League. W 2003 rosyjski oligarcha Roman Abramowicz, który zbił fortunę na ropie, aluminium i stali, zakupił Chelsea. W 2007 Stan Kroenke, mąż dziedziczki Wal-Martu zaczął skupować udziały Arsenalu. W tym samym roku rodzina, która władała Liverpoolem przez pół wieku odsprzedała swoje udziały dwóm amerykańskim przedsiębiorcom, Tomowi Hicksowi i George’owi Gillettowi. Hicks był właścicielem drużyny baseballu Texas Rangers i hokejowej – Dallas Stars. Gillet zamienił udziały w ośrodku narciarskim na zespół NASCAR oraz ekipę NHL Montreal Canadiens. Sam Liverpool w tym czasie pozostawał półmilionowym zakurzonym portem, jedynie w niewielkim stopniu mniej obskurnym niż szare, zniszczone wojną miasto, które dało światu Beatlesów. Gospodarka oparta o port przyciągała znacznie mniej inwestorów niż Londyn czy Manchester. Do tego okazało się, że Gillettowi i Hicksowi na piłkę nożną zostało stosunkowo mało gotówki. Po paru latach Liverpool miał kilkaset milionów dolarów długu i równie kiepsko prezentował się na boisku.

Niemniej w październiku 2010 roku, z uwagi na proces stanowiący zasadniczo postępowanie upadłościowe Hicks i Gillett byli zmuszeni zaakceptować opiewającą na 480 mln dolarów ofertę New England Sports Ventures. John Henry, w przeszłości trudniący się handlem surowcami naturalnymi oraz inwestycjami w papiery wartościowe, który był większościowym akcjonariuszem spółki, wychowywał się w pełnych niewielkich miast stanach Missouri i Arkansas. Jednym z jego ulubionych zajęć z dzieciństwa był baseball APBA, gra z użyciem kości, w której sportowe statystyki oddane były na papierowych kartach zawodników. Stan Musial z taką samą częstotliwością punktował na boisku dla St. Louis Cardinals, co w grze w sypialni Henry’ego. Ten wzbogacił się dzięki algorytmowi, który przewidział wahania na rynku ziaren soi. Ten sam rodzaj analiz stanowi samo DNA jego przedsiębiorstwa. Nie podejmuje się niemal żadnej decyzji – od zatrudniania dyrektorów po pozycje zawodników Red Sox – przy której analiza nie byłaby brana pod uwagę.

Kiedy grupa Henry’ego – obecnie znana jako Fenway Sports Group – nabyła Liverpool, klub nie ukończył rozgrywek na szczycie tabeli od dwóch dekad. Jako że Fenway nie mogło przebić pod względem wydatków szejków i oligarchów, musiało działać mądrze. W pierwszych sześciu sezonach pod władzą Fenway Liverpool tylko raz finiszował wyżej niż na szóstym miejscu. Do Ligi Mistrzów awansował zaledwie raz, odpadając jeszcze przed ćwierćfinałami. Zbytnie zawierzenie liczbom – jak sądziło wiele osób z korzeniami w futbolu – podkopywało pozycje piłkarskich ekspertów, do których powinny należeć decyzje. The Independent zauważał, że największym wyzwaniem dla Kloppa, jeśli ten ma odnieść sukces z Liverpoolem, miała być zmiana „głęboko zakorzenionej w klubie wiary, że statystyki piłkarzy, analitycy mogą dostarczyć większości odpowiedzi”.

Zespół analityków Grahama może stymulować klub do postępów jedynie stopniowo, jedną sugestia naraz. Poza tym Klopp pozyskuje informacje także z bardziej tradycyjnych źródeł, a co za tym idzie dobierana taktyka stanowi połączenie tej wywiedzionej ze statystyk oraz tej bardziej intuicyjnej. Podczas przygotowań do półfinału Ligi Mistrzów menedżer zdawał się skupiać na tym, w jaki sposób ponadprzeciętnie szybcy obrońcy będą w stanie nakładać na atakujących Barcelony presję, przechwytywać podania i w zamyśle inicjować natychmiastowe kontrataki. Plan zadziałał, co do zasady. W początkowych minutach pierwszego spotkania gracze Barcelony wydawali się zdenerwowani. Jednak jak to często bywa w piłce nożnej, taktyczna przewaga nie przełożyła się na natychmiastową zdobycz bramkową. Za to Luis Suárez, były zawodnik Liverpoolu trafił dla Barcelony.

Porażka jedną bramką oznaczałaby dramatyczny rewanż na Anfield, znanym z gorącej atmosfery stadionie, który jest domem dla drużyny od XIX wieku. Jednak w dalszej części spotkania Lionel Messi, jeden z najlepszych piłkarzy w historii zdobył dwie kolejne bramki. Druga z nich padła z rzutu wolnego, gdy podkręcony strzał minął mur liverpoolczyków i wyciągniętą dłoń bramkarza. Zdawać by się mogło, iże była to swoista wiadomość, że żadna statystyczna analiza nie jest w stanie przygotować cię na nadprzyrodzone umiejętności takich zawodników. – W takich momentach – Klopp powiedział po meczu – jest nie do zatrzymania.

W Champions League bramki strzelone na wyjeździe mają dodatkowe znaczenie, gdy wynik w dwumeczu jest równy. Dlatego gol Barcelony na Anfield oznaczałby, że gospodarze do awansu potrzebowaliby pięciu trafień. Gdyby ta wizja nie była dość ponura, dwóch spośród najlepszych graczy Liverpoolu, Mohamed Salah i Roberto Firmino nie mogło zagrać z uwagi na urazy. Niemniej gdy w siódmej minucie Divock Origi, zmiennik Salaha zdobył pierwszą bramkę, tłum zgromadzony na trybunach ożył. Później Liverpool w drugiej połowie strzelił kolejne dwa gole. I tu dochodzimy do przebiegłego rzutu rożnego Alexandra-Arnolda.

Przed jego wykonaniem spostrzegł wzrok Origiego. Później, gdy tylko młodzik zawrócił, Origi zmienił pozycję. Piłka dotarła do niego po dwóch kozłach, a Belg skierował ją w lewą boczną siatkę. To była bramka, której nie dało się zaplanować, przewidzieć czy wyliczyć. – Nie mieliśmy nic wspólnego z czwartą bramką – Graham napisał do mnie po meczu. – Zawsze jestem ostrożny w przypisywaniu sobie zasług, kiedy nie ma nic na rzeczy.

Wielki brazylijski zawodnik Pelé nazwał kiedyś piłkę nożną „piękną grą”. To nie on ukuł to powiedzenie, ale odkąd tylko wypowiedziała je taka legenda, określenie weszło do kanonu. Płynna, niekiedy budząca skojarzenie z baletem piłka nożna nie składa się z tajnych zagrywek jak baseball czy futbol amerykański. Nie ma też tuzinów wariantów do wyboru jak koszykówka. Wydaje się, że to, co ją napędza, nie daje się określić liczbowo. Talent często ocenia się wyłącznie na podstawie estetyki. Jeśli wyglądasz na dobrego piłkarza, to w powszechnym odczuciu zapewne nim jesteś.

Większość sportów korzysta z szerokiego spektrum statystyk dla oceny drużyn i graczy. Do niedawna nikt w piłce nożnej nie interesował się niczym innym niż nazwiskiem zawodnika, który zdobywał gole. Obecnie otrzymujemy dane na temat liczby strzałów poszczególnych graczy, procentów posiadania piłki i wielu, wielu więcej. Jednak zasadniczo żadna z nich nie tłumaczy co tak naprawdę dzieje się na boisku, w tym która drużyna wygrywa i dlaczego.

Dla przykładu: piłka odbita od obrońcy wychodząca za linię końcową daje drużynie atakującej rzut rożny – okazję do zdobycia bramki. W teorii rzuty rożne są dobre i prowadzenie w tej statystyce wydaje się być jednym z kroków do zwycięstwa. Przy czym rzuty rożne dla jednych drużyn są bardziej przydatne a dla innych mniej. Drużyny, których napastnicy potrafią zrobić użytek z wysoko zawieszonego dośrodkowania, starają się wywalczyć ich jak najwięcej. Jednocześnie te ekipy, które korzystają raczej z technicznie uzdolnionych piłkarzy ofensywnych opierających swoją grę na umiejętnościach ogrania obrońcy, usiłują kreować jak najwięcej okazji z gry otwartej. Takie zespoły nie starają się na siłę ugrać rzutu rożnego i zazwyczaj nie są zachwycone, gdy taki się przydarzy.

Albo spójrzmy na posiadanie piłki. Zespoły rzadko zdobywają bramki nie będąc przy futbolówce, więc posiadanie jej częściej niż rywale wydaje się być sensowne. A jednak zdarzają się ekipy, które nie chcą być przy piłce. Jeśli nie masz piłki, nie możesz jej stracić pod własną bramką, jak kiedyś powiedział mi członek defensywnie usposobionej reprezentacji Islandii. Islandzcy kopacze nie są szczególnie uzdolnieni, jeśli idzie o prowadzenie gry, więc priorytetem staje się utrzymanie piłki daleko od własnego pola karnego. Mimo tego podczas Euro 2016 awansowali do ćwierćfinału, ogrywając kraje wielokrotnie od siebie większe, w tym Anglię i remisując z późniejszymi mistrzami – Portugalią. W żadnym z tych meczów nie zbliżyli się nawet do posiadania piłki wynoszącego połowę czasu gry.

Z tych właśnie powodów piłka nożna przez wiele lat zdawała się być niepodatna na analityczne podejście wyznaczone przez wydaną w 2003 roku książkę Michaela Lewisa pt. „Moneyball” opowiadającą o tym, jak baseballowa drużyna Oakland A’s zyskała przewagę dzięki ocenie zawodników za pomocą kryteriów, których nikt dotąd nie brał pod uwagę. Futbol wydawał się nie nadawać do takiej oceny. Znaczna część gry opiera się na próbowaniu i wyczekiwaniu na okazję. A i tak jedyna bramka może paść po trafieniu skrzydłowego, który poza tą jedną akcją nie zapisał się na boisku praktycznie niczym – po, dajmy na to, fatalnym wybiciu piłki ze strony drużyny, która przez całe spotkanie przeważała. – Nasza gra jest nieprzewidywalna – mawiał Sam Allardyce, który w ciągu blisko trzech dekad trenował 12 angielskich klubów, nim w zeszłym roku zwolnił go Everton. – Zbyt nieprzewidywalna, by podejmować decyzje w oparciu o statystyki. To nie baseball czy futbol amerykański.

Chelsea w 2008 roku stworzyła pierwszy w Premier League zespół analityków. Później Arsenal kupił przedsiębiorstwo specjalizujące się w statystycznych analizach, StatDNA. Jednak menedżerowie tych drużyn nie potrafili dostrzec zalet w stosowaniu się do wskazań tych jednostek na płaszczyźnie sportowej. A może byli zbyt zajęci walką o przetrwanie na stanowiskach, by zagłębiać się w to co i jak. Kilka lat temu w Londynie powołano konferencję OptaPro jako miejsce, w którym niewielkie grono piłkarskich analityków mogło dzielić się swoimi pomysłami. Wciąż jednak te wszystkie wykresy ze strzałkami i „mapami cieplnymi” dotyczącymi obszarów aktywności w trakcie meczów wydawały się mieć niewielki wpływ na grę. Kiedy wprowadzano nowe metody, trenerzy i komentatorzy stawiali sobie za punkt honoru odżegnanie się od nich za wszelką cenę. Gdy pełniący rolę eksperta w stacji ESPN Craig Burley, były pomocnik występujący w Premier League, został na antenie zapytany o spodziewane gole danego zespołu (expected goals, xG), wynik statystyczny pokazujący ile przeciętnie bramek dany zespół powinien był zdobyć ze stworzonych sobie szans, odpowiedział z niedowierzaniem. – Co za całkowita bzdura – wykrzyknął. – Mogę spodziewać się prezentów od Świętego Mikołaja, a i tak ich nie dostanę.

Jednak zespoły takie jak Chelsea czy Arsenal mają fundusze, które pozwalają im na gromadzenie talentów z najwyższej półki. W porównaniu z nimi Liverpool można było przyrównać właśnie do Oakland A’s z lat 90. Potrzebował innego podejścia, by nadrobić stratę do czołówki. Wszyscy ci piłkarze na boisku coś przecież robili, prawda? A i od czasu do czasu zdobywano jakąś bramkę. Więc jeśli zebranie i przeanalizowanie danych na ten temat miałoby pomóc w osiągnięciu złotej reguły, to chyba nie był to aż tak głupi pomysł, by go nie spróbować?

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

Część drugą opublikowano pod tym adresem.

Bruce Schoenfeld

Komentarze (11)

Mitchell 26.05.2019 02:31 #
Dziękujemy za kawał solidnej roboty.
adamne 26.05.2019 03:14 #
Super że przetłumaczyliście ten artykuł, czytałem go kilka dni temu i zrobił na mnie wielkie wrażenie.
PorucznikKolano 26.05.2019 11:43 #
Świetny artykuł, dziękuję!
brus5 26.05.2019 12:25 #
Czekamy na kolejną część. Świetna robota.
Paviola 26.05.2019 12:29 #
Podziwiam ludzi którym się chce tak dużo, rzetelnie pisać
poprzerwie2 26.05.2019 12:57 #
Liczby w pilce sa strasznie istotne ale i tak wszystkiego nie przewidzisz, to jest piekno tego sportu. W kazdym badz razie ulatwia, np patrzac na ilosc spalonych jakigos napastnika, im wieksza tym wieksze prawdopodobienstwo ze moze strzelic bramke bo w koncu musi oszukac obroncow. Fajnie ze tlumaczycie bo lubie takie wyczerpujace arykuly, czekam na cz.2 wraz z moja kawa
everlast 26.05.2019 13:50 #
Z tymi spalonym. To ja bym odebrał, że czym więcej tym częściej psuje Ci napastnik akcje.
poprzerwie2 26.05.2019 15:00 #
everlast

Ale brac trzeba pod uwage przypadki ktore moga sie zdarzyc nie korzystne dla nas, jezeli bedziemy szli takim tokiem rozumowania to znaczy ze zawsze bedzie spozniony a co za tym idzie mozna go olac, wydaje mi sie ze analityk wyciaga dwa wnioski, pierwszy to uwazanie na niego bo moze w koncu nie spalic, drugi to pilnowac ciagle calej linni bo gra na po ganiczu spalonego, wydaje mi sie to za trafne myslenie
caharin7 26.05.2019 21:45 #
Super artykuł,wielkie dzięki
adamne 26.05.2019 22:33 #
Jest jakaś nostalgia za tymi czasami kiedy wszystko opierało się na intuicji trenera oraz motywacji graczy, ale nie oszukujmy się, piłka nie jest już taka jak wtedy. Olbrzymie pieniądza w grze oraz postępująca technologia doprowadziły do tego że prowadzenie klubu coraz bardziej zaczyna być nauką. Mnie najbardziej poruszyła wypowiedź że ci analitycy w ogóle nie oglądają meczów bo im to nic nie daje - a wręcz przeszkadza. To są fizycy, matematycy, specjaliści od big data, dla nich piłka to tylko kolejny zbiór danych. Statystyki coraz bardziej rządzą sportem i trzeba się do tego przyzwyczaić - w koszykówce czy baseballu już od dawna znaczą więcej, teraz czas na futbol.
chrisman 26.05.2019 22:56 #
Wszystko fajnie, tylko jeden przypadek jak np. balon w meczu w Sunderladem może położyć cały sezon.

Pozostałe aktualności

Liverpool oficjalnie wycofuje się z Superligi  (48)
21.04.2021 00:01, BarryAllen, liverpoolfc.com
Alisson graczem meczu z Leeds  (2)
20.04.2021 22:36, AirCanada, własne
Młodzież remisuje z Burnley  (0)
20.04.2021 20:43, Zalewsky, liverpoolfc.com
Chelsea wycofuje się z Superligi  (44)
20.04.2021 20:34, Zalewsky, The Athletic