LIV
Liverpool
Premier League
08.02.2026
17:30
MCI
Manchester City
 
Osób online 1297

Dream until your dream comes true


Moja pasja do piłki zaczęła się jak u większości młodych chłopców - dzięki ojcu, który zachęcał mnie do wspólnego oglądania i kibicowania przed telewizorem. Mając 7 lat oglądałem zwycięstwa reprezentacji Polski w eliminacjach Mistrzostw Świata 2002. Kadra Jerzego Engela była rewelacją kwalifikacji, a dla mnie najlepszą drużyną na świecie.

Było w niej wielu bohaterów, ale moim zdecydowanie był Jerzy Dudek. Kiedy w 2001 roku tata powiedział mi, że został on sprzedany do Anglii, mój świat legł w gruzach. Przynajmniej na moment, dopóki nie został mi wyjaśniony system piłki klubowej. Świadomość, że Dudek został sprzedany lecz nadal będzie reprezentować kadrę z orzełkiem na piersi wystarczyła mi, żebym się uspokoił. Jednak to tamtego dnia zaczęła się dla mnie najdłuższa przygoda mojego życia.

Co prawda przez kolejne 3 lata dane mi było obejrzeć zaledwie jedno spotkanie Liverpoolu (ćwierćfinał Ligi Mistrzów na Anfield z Bayerem Leverkusen wygrany 1:0), ale nie mogę siebie o to winić. Brak kanałów z meczami Premier League oraz brak internetu nie ostudziły mojego młodego kibicowskiego serca. W każdy poniedziałek sprawdzałem wyniki Liverpoolu w telegazecie (taki internet z lat 90.), a informacje o piłkarzach czerpałem z gier komputerowych.

A potem przyszedł Stambuł. Wcześniej w tym sezonie dane mi było jeszcze obejrzeć mecz z Juventusem oraz z Chelsea i do finału z AC Milanem przystępowałem z bojowym nastawieniem zwycięstwa. Kiedy piłkarze Liverpoolu schodzili do szatni z 3-bramkową stratą powiedziałem wtedy do niewierzącego już w zwycięstwo taty: Skoro Milan strzelił 3 gole w jednej połowie, to Liverpool też może. Muszę wyznać, że nie byłem wtedy zaznajomiony z historią the Reds, nie znałem hymnu You'll Never Walk Alone ani tego motta. Wierzyłem, że są w stanie odwrócić losy tego meczu i to była najczystsza wiara, bez patosu, bez sztucznego przechwalania się. Kiedy po porażce 3:0 z Barceloną napisałem do kolegi z pracy sms, że na Anfield wygramy 4:0, to będąc już dorosłym kibicem, który swoje przeżył, miało to wydźwięk wiary i buńczuczności jednocześnie. Wierzyłem, że są w stanie to zrobił, ale wiedziałem też, że może mnie czekać kolejne rozczarowanie.

W 2005 roku, w przerwie nie zakładałem innego scenariusza niż zwycięstwo. To przypieczętowało mój los kibica na zawsze.


Dream on

Świadome kibicowanie z oglądaniem meczów (początkowo dzięki prędkości internetu radiowego przypominało to raczej pokaz slajdów niż transmisję), uczeniem się historii i całej otoczki związanej z klubem zaczęło się około 2009 - 2010 roku. Wtedy też zaczęło we mnie kiełkować marzenie, by zobaczyć Liverpool na żywo, na Anfield.

Marzenie, które aż do 2026 roku nie zostało zrealizowane. Marzenie, które wydawało się jakimś odległym snem pokroju wygrania fortuny w loterii, chociaż aż do tego sezonu nawet nie brałem w niej udziału.

Były też inne marzenia, jak wygrana Premier League, ponowna wygrana w Lidze Mistrzów. Na te jednak nie miałem wpływu. Teraz wszystkie się spełniły, czy może bardziej zrealizowały, ale nie oznacza to, że ścieżka do nich była usłana różami.

Sing for the laugh and sing for the tear

Sezon 2013/2014 to była niezwykła przygoda, której nie zapomnę mimo końcowego niepowodzenia. Najgorzej przeżyłem nie poślizgnięcie się Gerrarda, ale remis 3:3 z Crystal Palace kiedy na 11 minut przed końcem meczu prowadziliśmy 3:0.

Na Liverpoolu zdawała się ciążyć klątwa. Najpierw mistrzostwa nie udawało się wygrać, a kiedy w 2020 roku w końcu udało się zdobyć upragnione trofeum, radość z cieszenia się z tego została nam brutalnie odebrana przez pandemię COVID-19. Pamiętam jak siedziałem w pustym domu, włączyłem nagrywanie i nie potrafiłem się cieszyć z odbioru pucharu na ciemnym, pustym stadionie bez kibiców. Nagrania tego nigdy potem nie oglądałem, aż w końcu je skasowałem.

30 lat czekania na mistrzostwo, to było więcej niż miałem wtedy lat i kibice nie mogli wspólnie z piłkarzami świętować tego sukcesu. Bez kibiców piłka nożna traci sens.

W końcu dostaliśmy swoje 5 minut, w 2025 roku. W końcu wygraliśmy ligę po raz 20. i nareszcie mogliśmy przeżyć to tak jak na to zasłużyliśmy. Jeszcze kilka godzin po zakończeniu meczu z Tottenhamem, który zapewnił nam mistrzostwo, mój syn skarżył żonie, że tata znowu się cieszy, a ja po prostu nie potrafiłem przestać śpiewać: We're the best football team in the land!


Z Ligą Mistrzów było podobnie. Marzenie spełniło się w 2019 roku, ale sezon wcześniej przeżyliśmy bolesne rozczarowanie kiedy Gareth Bale i Karim Benzema ośmieszyli Lorisa Kariusa. Czułem wtedy równie dużą niesprawiedliwość jak po finale w 2007 roku w Atenach, ponieważ uważałem, że byliśmy lepsi i zasłużyliśmy na trofeum. Ból, związany nie tylko z porażkami, jest jednak wpisany w historię tego klubu.

Maybe tomorrow the good lord will take You away

W miniony weekend udało mi się zrealizować ostatnie z tych wielkich marzeń związanych z Liverpoolem. Byłem na Anfield, zwiedziłem stadion i obejrzałem mecz. Do tego był to zwycięski mecz, pełen emocji i doświadczyłem najlepszej atmosfery na stadionie!

Wcześniej jednak zrobiłem obchód wokół stadionu. Pierwszym punktem było miejsce poświęcone Diogo Jocie. Nie spodziewałem się, że w tym miejscu wzruszę się do tego stopnia. Zazwyczaj unikałem pisania i wypowiadania się na jego temat po tragicznym wypadku, ponieważ i tak pojawiło się wobec tego dużo niepotrzebnego szumu.

Gdy osuszyłem łzy, oczy ponownie "zaczęły mi się pocić" przy kolejnym punkcie pamięci. Oczywiście mówię o Hillsborough. Tragedia, której nie trzeba wyjaśniać żadnemu kibicowi Liverpoolu. 96 kibiców (97. z Andym Devinem, który wskutek katastrofy został sparaliżowany i zmarł w 2021 roku), którzy tak jak ja stojąc przed tą tablicą wybrali się w drogę, żeby obejrzeć mecz swojej ukochanej drużyny, nigdy nie wrócili już do domów.

Świeże kwiaty w obu tych miejscach i zapalone znicze pokazują jak nawet lata po tragedii brakuje nam najbliższych. Dzieci nigdy nie zrozumieją dlaczego tata nie wraca już z pracy do domu. Rodzice nigdy nie pogodzą się z bezsensowną śmiercią swoich pociech.

Te dwa momenty jeszcze dobitniej mi uświadomiły jak ważne jest docenienie tego, co się ma. Nigdy nie wiemy kiedy zostanie nam to odebrane.

Dream until your dream comes true

Kolejne momenty były już tylko szczęśliwe. Wycieczka na Anfield świetnie nastawiła mnie i innych kibiców do wieczornego spotkania. Nasz przewodnik Mario, który zasiada na The Kop podczas meczów, zachęcił nas do wiary i wspierania drużyny oraz samego Arne Slota do samego końca. Zapytałem go o nastroje panujące w Liverpoolu w związku z plotkami o Xabim Alonso i kategorycznie zaniechał dyskusji na ten temat.

Arne is our boss and we support him for 100% (Arne jest naszym szefem i wspieramy go na 100%) - powiedział mi Mario.

Samego Arne Slota miałem okazję zobaczyć jak kierował się do swojego biura. Przechodził koło naszej wycieczki, pozytywnie nastawiony, uśmiechnięty i otrzymał od nas gromkie brawa.

Mario przypomniał nam też, że nadal jesteśmy mistrzami Anglii i mimo gorszych wyników w lidze, nie powinniśmy o tym zapominać. Jego pozytywne nastawienie udzieliło się nam, a przynajmniej mi i do wieczornego spotkania podchodziłem pełny wiary w zwycięstwo.

Sam mecz na Anfield był wyjątkowy, atmosfera była naprawdę niesamowita i znikły wszystkie moje obawy, że będzie to przypominać piknik. Najbardziej magiczny moment to zdecydowanie odśpiewanie You'll Never Walk Alone. Mimo niezbyt obiecującego początku (w momentach utworu, gdzie nie ma słów, a jedynie sama melodia słychać było gwizdy kibiców Newcastle), kiedy rozpoczął się refren poczułem się tak, jakby stadion uniósł się kilka centymetrów nad ziemię.

Śpiewałem najgłośniej jak potrafiłem, a i tak nie słyszałem swojego głosu. Ta melodia połączyła 58 tysięcy fanów i przez te kilka minut byliśmy jakby w innym wymiarze. Wiedziałem, że będzie to mocne przeżycie, ale nie spodziewałem się aż takiego wrażenia.


Wyjątkowe nastawienie i wiara jaka udzieliła mi się od Scouserów zmieniła też moje odczucia względem meczu i gry zawodników. Chociaż Mohamed Salah notował stratę za stratą, nikt go za to nie ganił, nikt nie krytykował, a gdy przy kolejnej akcji dostawał piłką na prawym skrzydle, chociażby miał nawet 3 piłkarzy przed sobą - cały stadion wstawał, bo oczekiwał czegoś wielkiego.

Stracona bramka również wywołała u mnie inne emocje niż przed telewizorem. Nie było złości na piłkarzy, nie było rozczarowania. Był smutek i poczucie, że może nie wszystko zrobiliśmy tak jak należy. Nie tylko piłkarze, ale również kibice. Czułem, że tak kibicując ten zespół nie może przegrać. Czułem, że mam do wykonania pracę tak jak każdy zawodnik na boisku. Chociaż gardło po 15 minutach już było zdarte, to raz za razem zaczynaliśmy kolejną pieśń, kolejny doping i dostaliśmy za to nagrodę.

Radość po drugim golu Ekitike

Naszą nagrodą były te momenty radości po golach Ekitike, Wirtza i Konate. Ten ostatni dostawał wyjątkowy doping po każdej interwencji. Zasłużył na niego swoją grą, ale każdy z nas miał też w pamięci osobistą tragedię, którą ostatnio przeżył. Stracił ojca, a jednak postanowił wrócić wcześniej, żeby pomóc klubowi w trudnej sytuacji. Bardzo wymowny był gest Alissona, który przebiegł całe boisko do Ibou. Jak pamiętamy Alisson też stracił swojego ojca zaledwie kilka lat temu. Też strzelił później gola z rzutu rożnego, choć wtedy niestety nie było kibiców na stadionie.

W tym klubie jest wiele takich historii, to cementuje zespół i tych piłkarzy z kibicami. Bo w tym klubie Nigdy nie będziesz szedł sam.

Nie przestawajmy marzyć!

Przemysław Strzelczyk


Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (4)

robert4991 02.02.2026 13:08 #
Świetny tekst Przemku!
W zasadzie początek Twojej historii odzwierciedla moją drogę kibicowania The Reds.
Z początku lat 2000 pamiętam doskonale "Orłów Engela" a mój pierwszy mecz The Reds to finał w Stambule po którym pokochałem Liverpool :)
Moim pierwszym meczem obejrzanym na żywo była przegrana Liverpoolu na Upton Park z West Ham 1:0 w 2015 roku. Teraz została mi już tylko wyprawa na Anfield bo tego marzenia jeszcze nie udało się spełnić :) ... YNWA
adamski13 02.02.2026 13:49 #
Świetny tekst i super się go czytało.U mnie wszystko się zaczęło od ,,rekordowego wtedy,, hattricka R.Fowlera przeciw Arsenalowi w 1994 roku. Bardzo podobne były początki kibicowania do Twoich. Była telegazeta-strona 236,zero transmisji ,zbieranie proporczyków i przeglądanie w kiosku gazet i szukanie artykułów o swojej ukochanej drużynie.Byłem na Anfield ale dawno...jak jeszcze Gerrard z Suarezem biegali po trawie.Muszę przypomnieć sobie te emocje które Ty tak świetnie opisałeś.Pozdrawiam YNWA
DreamTeam 02.02.2026 13:49 #
Super tekst o super wyprawie!!!!
Horseman_LFC 02.02.2026 13:51 #
Dobry tekst! Fajna przygoda, mam nadzieję, że w ciągu najbliższego roku też mi się uda być na meczu na Anfield.

Pozostałe aktualności