My Liverpool Story: Rob Jones
W nowej odsłonie serii „My Liverpool Story” na stronie liverpoolfc.com, były obrońca Rob Jones opowiada o swojej wyjątkowej, rodzinnej więzi z klubem i wspomina swoją wieloletnią współpracę z The Reds.
Liverpool mam we krwi
Mój dziadek, Bill Jones, rozegrał 277 meczów dla klubu i zdobył tytuł mistrzowski w 1947 roku. To dzięki niemu zawsze byłem kibicem Liverpoolu i od szóstego czy siódmego roku życia chodziłem z nim na mecze.
Od takich momentów człowiek po prostu łapie bakcyla, prawda? W wieku 14 czy 15 lat chodziłem na mecze sam i stawałem na The Kop. Mój tata też był kibicem Liverpoolu, myślę, że tak to działa w rodzinach. Moje dzieci są takie same: mój syn chodzi teraz na mecze i to uwielbia, to całkiem niezły klub do kibicowania jako dziecko, prawda? Zdecydowanie wybrałem ten właściwy.
Moim absolutnym marzeniem było zawsze granie dla Liverpoolu. Kopałem piłkę w ogrodzie z moim dziadkiem, a on wciąż mnie wspierał, gdy grałem w niedzielnej lidze piłkarskiej. Pamiętam, że przychodził popatrzeć, jak gram.
Bycie zawodowym piłkarzem, i to w Liverpoolu, było zawsze moim marzeniem, ale dla wielu dzieciaków takie coś marzeniem pozostaje. Miałem talent, a po drodze dopisało mi też trochę szczęście, ale to jednak niezwykłe, że skończyłem tam, gdzie dziadek. Jesteśmy właściwie jedynym duetem dziadka i wnuka występującym w Liverpoolu, więc nasza rodzina ma swoją własną, wyjątkową historię w tym klubie.
Moim pierwszym doświadczeniem gry na Anfield był jednak mecz przeciwko The Reds.
Miałem 18 lat i grałem dla Crewe Alexandra (przeszedłem tam przez młodzieżówkę) w meczu Pucharu Ligi. Graliśmy wtedy w Division Four [obecnie League Two]. To był początek spełnienia marzeń – móc wystąpić na Anfield. Nigdy nie przypuszczałem, że rok później będę grał dla Liverpoolu! Była tam cała moja rodzina i pamiętam mecz bardzo wyraźnie. Myślę, że przez pierwsze 20 minut graliśmy naprawdę nieźle, ale pod koniec bardzo nas przytłoczyli i przegraliśmy 1:5. Zagrałem dobrze i potem przez kilka tygodni donoszono, że Kenny Dalglish rozważa możliwość sprowadzenia mnie. Jeśli dobrze pamiętam, Liverpool kontaktował się wtedy z Dario [Gradi, menedżerem Crewe], ale on ich zbył. Powiedział, że jestem za młody i jeszcze niegotowy, więc sprawa ucichła.
Ale rok później, na początku października 1991 roku, nadszedł właściwy moment. Wszystko wydarzyło się tak szybko.
W środę grałem w Crewe, a w czwartek dostałem telefon od Dario z informacją, że kontaktował się z nim Graeme Souness. Liverpool zamierzał mnie kupić i chcieli się ze mną spotkać w piątek.
W tamtych czasach nie było agentów, więc Dario wysłał Kenny'ego Swaina, żeby zawiózł mnie na spotkanie z Graemem i całym sztabem. Pamiętam, jak Dario powiedział: „Jedź tam, ale jeśli to nie będzie dla ciebie dobre i nie chcesz podpisać kontraktu, to nie musisz”, a ja pomyślałem: „Stary, nie ma mowy, żebym tam pojechał i nie podpisał kontraktu z Liverpoolem!”. Pieniądze nie miały żadnego znaczenia; to była moja szansa na grę dla Liverpoolu.
Spotkałem Graeme'a i Ronniego Morana, a Graeme dał mi strój i zawiózł do Melwood. Drużyna trenowała w pięcio- lub sześcioosobowych grupach, a on po prostu mnie objął, szybko przedstawił i oto stałem przed Johnem Barnesem, Stevem Nicolem, Ianem Rushem, Markiem Wrightem i resztą. To wydawało się po prostu surrealistyczne.
Dołączyłem do gry, całkiem nieźle mi poszło. Byłem młodym chłopakiem i w takiej sytuacji można się było załamać – nerwy brały górę, a ja byłem dość nerwowym zawodnikiem. Ale tego dnia coś po prostu mną sterowało i poszło mi dobrze.
Później Graeme zabrał mnie z powrotem na Anfield. Po drodze rozmawialiśmy i nigdy nie zapomnę tej rozmowy…
„Jak byś się zapatrywał na grę w niedzielę?”
„Gdzie?”
„Na Old Trafford. Mamy wyjazdowy mecz z Manchesterem United. Myślisz, że dałbyś radę?”
„Tak!”
Oznajmił mi, że powiedziano mu, że jestem szybkim zawodnikiem, a trenerzy sądzili, że mogę kryć Ryana Giggsa. Graeme widział mnie na żywo tylko raz, w środę wieczorem przed paroma dniami. Chyba Tom Saunders oglądał mnie kilka razy, a on oczywiście znał mojego dziadka, więc moje nazwisko krążyło trochę po klubie. Graeme jednak sporo ryzykował.
Kiedy dotarliśmy na Anfield, zapytał mnie o moje zarobki w Crewe, które wynosiły 250 funtów tygodniowo. Zapytał: „To może podwoimy to?”, a ja odpowiedziałem: „Tak, w porządku, nie przejmuj się tym!”.
Oczywiście podpisałem kontrakt i następnego dnia poleciałem z drużyną na mecz z United. Pamiętam nawet nazwę hotelu, w którym się zatrzymaliśmy – Cottons Hotel w Knutsford. Mieszkałem z Markiem Waltersem, wszystko wydarzyło się bardzo szybko.
Niektórych rzeczy nie pamiętam, są jak rozmyta plama: nie tylko debiut w Liverpoolu, ale i wyjazd na Old Trafford, coś wielkiego. Można by rzec, że zostałem rzucony na głęboką wodę! Ale jakoś sobie poradziłem. Udało mi się dobrze zagrać przeciwko Giggsowi i nawet dzisiaj spotykam mnóstwo ludzi, którzy mówią: „Byłem na twoim debiucie”. Spotkałem chyba wszystkich, którzy byli tamtego dnia na trybunach! Ale poradziłem sobie dobrze i to był początek.
Pierwszy sezon, 1991-92, był jak z bajki.
W październiku podpisałem kontrakt z Liverpoolem, w lutym zadebiutowałem w reprezentacji Anglii na Wembley przeciwko Francji, a następnie zdobyłem Puchar Anglii i zostałem wybrany do Drużyny Roku PFA. Po prostu cieszyłem się futbolem, grając w świetnej drużynie. Byłem bocznym obrońcą, który często atakował skrzydło i dośrodkowywał, ale od czasu gry w Crewe przyzwyczaiłem się do tego, że muszę też wracać do obrony.
Miałem świetny sezon i cieszyłem się nim, ale patrząc wstecz, miałem wtedy zaledwie 19 lub 20 lat i myślę, że to odbiło się na moim zdrowiu. Dzisiaj by się to nie zdarzyło – grałem dwa mecze tygodniowo bez przerwy przez cały sezon i chociaż nie chciałem odpoczywać, mój organizm ciężko to zniósł.
Ból piszczeli dał o sobie znać pod koniec pierwszego sezonu. Grałem z nim w finale Pucharu Anglii i dokuczał mi już od jakiegoś czasu. Po prostu nie ustępował i gdyby to działo się dzisiaj, mógłbym grać tylko określoną liczbę minut, po czym miałbym przerwę i stopniowo wracałbym do formy – wtedy było jednak inaczej. Pamiętam, jak rozmawiałem o tym z Michaelem Owenem i on powiedział to samo. Kiedy jako nastolateki jesteś wystarczająco dobry, to jesteś wybierany do składu w każdym meczu, i tego właśnie pragniesz. Nie chcesz odpoczywać, ale nie zdajesz sobie sprawy, że twoje ciało tego nie wytrzyma.
Byłem praktycznie zawsze obecny w drużynie przez pierwsze pięć lat, a sezon 1994-95 był kolejnym naprawdę pamiętnym, kiedy zdobyliśmy Puchar Ligi, a ja ponownie zostałem wybrany do Drużyny Roku PFA.
Mieliśmy naprawdę dobry zespół i graliśmy niesamowitą, ekscytującą piłkę. Steve McManaman i ja świetnie graliśmy na prawej stronie. To była po prostu płynna gra i bardzo przyjemna. Wszyscy wiedzą o talencie Makki, a nawet na treningach był niesamowity.
Świetnie razem pracowaliśmy i świetnie się rozumieliśmy. Rozmawialiśmy o naszej relacji na boisku, ale nigdy nie pracowaliśmy nad nią zbyt wiele na treningach. Poza boiskiem byliśmy przyjaciółmi i zawsze się o siebie troszczyliśmy.
To po prostu działało i szkoda, że musiałem przejść na lewą obronę, bo trochę to straciliśmy, ale takie rzeczy zdarzają się w piłce nożnej i musiałem się dostosować. Zaadaptowałem się – wolałem prawą obronę, ale żeby pomóc drużynie przeszedłem na lewą obronę i dobrze mi poszło. Chyba faktycznie byłem jednym z pierwszych obrońców schodzących do środka!
W sezonie 1995/96 rozegrałem najwięcej meczów w historii mojej kariery w Liverpoolu. To było 47 spotkań – walczyliśmy o mistrzostwo, docierając jednocześnie do finału Pucharu Anglii.
Jednak z moim ciałem było coś nie tak, miałem kontuzję pleców. Wystąpiłem w finale pucharu, ale od około sześciu miesięcy zmagałem się z plecami.
Zostałem skierowany na prześwietlenie, ale nic nie wykazało, więc potraktowano to jako uraz mięśnia. Po prostu grałem i dawałem sobie radę, ale cały czas miałem problemy. Czasami czułem, że narzekam, bo po meczach przychodziłem do fizjoterapeuty i lekarza i mówiłem: „Po prostu coś jest nie tak, nadal mnie boli”, a oni mówili, że to tylko problem z mięśniem, bo przecież zrobili prześwietlenie.
Po finale poszedłem do szatni na Wembley i strasznie cierpiałem. Powiedziałem lekarzowi, że bardzo się męczę, prawie kuśtykałem podczas biegu, a klub wysłał mnie do specjalisty od kręgosłupa. Przeskanował mnie i okazało się, że mam złamanie przeciążeniowe pod kręgami. W pewnym sensie byłem zadowolony, że coś wykryli, bo wiedziałem, że coś jest nie tak, coś gorszego niż tylko uraz mięśnia. Cieszyłem się, że to znaleźli, bo można to było leczyć, a leczenie polegało na trzymiesięcznym odpoczynku, a potem powrocie do formy.
Pod koniec sezonu 1996/97 wróciłem do drużyny, ale na początku kolejnego sezonu zaczęły się moje problemy z kolanem. Po raz pierwszy poczułem je podczas wyjazdowego meczu z Celtikiem, kiedy Macca strzelił tego niesamowitego gola po indywidualnej akcji w ostatniej minucie (nawiasem mówiąc, asystowałem mu, ale nikt tego nie pamięta!) Okazało się, że to ścięgno rzepki, w tamtych czasach to była dość częsta kontuzja. Zwykle po odrobinie odpoczynku wszystko było w porządku, ale to po prostu nie ustępowało i latem miałem operację. Chirurg zrobił skrobanie ścięgna rzepki i kiedy wróciłem, było jeszcze gorzej. Teraz wiemy, choć wtedy nie wiedzieliśmy, że nigdy nie należy skrobać ścięgna. Teraz to się już nie zdarza, ale wtedy się zdarzyło, a moje kolano potem tylko się pogarszało. Sezon 1998-99 był kiepski, ciągle byłem kontuzjowany, wracałem i próbowałem… ale z kolanem nie było dobrze i ciągle bolało.
Opuściłem Liverpool latem 1999 roku i choć było to dla mnie bolesne, myślę, że wtedy byłem już pogodzony z faktem, że to nastąpi.
Do klubu przyszedł Gerard Houllier i rozumiałem, że chce mieć własnych piłkarzy. To było smutne, ale wiedziałem, że ten czas nadchodzi. Odszedłem na zasadzie wolnego transferu i rozmawiałem z Harrym Redknappem z West Hamu. Powiedział: „Czemu nie przyjdziesz tu na kilka miesięcy i nie zobaczysz, jak ci pójdzie? Jeśli zagrasz kilka meczów, masz kontrakt”. Pomyślałem, że to wspaniałe, że to nowy początek. Przeprowadziłem się z rodziną do Londynu, zatrzymaliśmy się w hotelu na kilka miesięcy i dałem z siebie wszystko. Ale w głębi duszy wiedziałem, że z moim kolanem dalej jest coś nie tak. Ciągle było spuchnięte jak balon. Grałem w meczu towarzyskim i dosłownie utykałem. Byłem już po trzech operacjach i udałem się znowu do chirurga, ale powiedział, że już nigdy nie będzie lepiej. Wiedziałem zatem, że to koniec i czas zakończyć karierę. Miałem zaledwie 28 lat, więc to bardzo młody wiek jak na taką decyzję.
Wiele osób mówi, że nękały mnie kontuzje, ale kiedy spojrzę na liczbę meczów, które faktycznie rozegrałem dla Liverpoolu, to jest ich prawie 250 (dokładnie 243), większość z nich miała miejsce w niecałe pięć lat. Nigdy nie byłem rezerwowym, praktycznie zawsze wychodziłem w pierwszym składzie, więc rozegrałem wiele meczów i wiele osiągnąłem.
Mój dziadek zmarł w 2010 roku i fakt, że oglądał mnie grającego dla Liverpoolu, tak jak on, napawa mnie ogromną dumą. Mam w domu zdjęcie, na którym wręcza mi nagrodę dla Piłkarza Miesiąca przed meczem na Anfield, prawdopodobnie ostatnim, na który mógł przyjść.
To był wspaniały moment dla całej rodziny, widzieć go wchodzącego na boisko, żeby wręczyć mi odznaczenie. Był cichym człowiekiem, który niewiele mówił, ale widział, jak gram dla Liverpoolu i jestem pewien, że był ze mnie bardzo dumny.
Ogólnie rzecz biorąc, niczego nie żałuję. Gra dla Liverpoolu była przywilejem i spełnieniem marzeń, a chwile, które wtedy przeżyłem, zostaną w mojej pamięci na zawsze.
Nawet kiedy przestałem grać w piłkę, wierzę, że tak miało być i od tamtej pory moja kariera ewoluowała w otwieranie przedszkoli dla dzieci na całym świecie.
Życie się zmienia i zmieniło się też wtedy, gdy Brendan Rodgers poprosił mnie o powrót do klubu w 2013 roku, co było trochę jak ponowne podpisanie kontraktu. Od tamtej pory jestem mentorem w Akademii i to niesamowite być jej częścią.
Ja, Macca i Michael Thomas jesteśmy tam i po prostu pomagamy zawodnikom i trenerom, jak tylko możemy. Piłka nożna to wzloty i upadki i właśnie o tym mówię dzieciakom w Akademii.
Jako zawodnik będziesz narażony na kontuzje, będziesz miał świetne mecze, jak również te gorsze.To po prostu część bycia piłkarzem i wspaniale jest móc przekazać część moich doświadczeń młodym ludziom, którzy próbują odnaleźć się na boisku. Czuję, że dostałem drugą szansę w klubie, który kocham, i że to praca, w którą wkładam całe serce.

Komentarze (0)