Opinie prasy po przegranej z Wolves
Przedstawiamy reakcje mediów na porażkę Liverpoolu 1:2 z Wolves na Molineux.
Liverpool poniósł dziewiątą porażkę w tym sezonie Premier League, gdy zamykający tabelę Wolves zdobyli zwycięską bramkę w doliczonym czasie gry na Molineux w pierwszym z dwóch meczów między tymi drużynami w tym tygodniu.
Po tym jak Mohamed Salah wyrównał trafienie otwierające wynik Rodrigo Gomesa w szalonym finiszu w regionie Black Country, Andre Trindade zdobył zwycięską bramkę w 93. minucie - po rykoszecie od Joe Gomeza - zapewniając komplet punktów drużynie Roba Edwardsa, która odniosła dopiero trzecie zwycięstwo w tym sezonie.
Dziennikarze brytyjskich mediów byli obecni, by przedstawić swoje opinie. Oto, jak ocenili spotkanie, w którym The Reds ponieśli bolesną porażkę w kontekście walki o Ligę Mistrzów.
Dominic King z Daily Mail pisze:
To film, który widział już zbyt wiele razy. Gol Andre padł w 94. minucie - to już piąty raz w tym sezonie, gdy Liverpool wypuścił zwycięstwo z rąk. To rekord Premier League i, szczerze mówiąc, coś, co powinno być dla nich powodem do wstydu.
- To wciąż ta sama historia - powiedział ze smutkiem Slot. - To podsumowuje nasz sezon.
To sezon stojący na krawędzi. Istnieje scenariusz, w którym Liverpool kończy rozgrywki z jakimś trofeum i bezpiecznie w pierwszej czwórce, ale równoległa rzeczywistość - ta bardziej prawdopodobna - zakłada sezon bez trofeów i poza miejscami, które mają tak ogromne znaczenie.
Mecz, który w rzeczywistości powinien być prosty dla zespołu walczącego o miejsce w przyszłorocznej Lidze Mistrzów, zamienił się w coś na kształt słuchania wykładu o ekonomii w dusznej, źle wentylowanej sali wykładowej - przepis na to, by zasnąć.
Liverpool grał do tyłu i wszerz boiska, a choć w pewnym momencie miał aż 41 kontaktów z piłką w polu karnym Wolves, był przewidywalny i niedbały, nigdy nie sprawiając wrażenia drużyny zdolnej zburzyć defensywę rywala. Gdy grają w taki sposób, wyglądają po prostu przeciętnie.
Richard Jolly z The Independent zauważa:
Coraz częściej doliczony czas gry nie jest czasem Arne. W wieczór, w którym Wolves mogli cieszyć się powtórką swojego sukcesu, Arne Slot narzekał na ‘tę samą starą historię’.
Po raz drugi w ciągu czterech dni trener Rob Edwards ruszył wzdłuż linii bocznej w szalonej celebracji. Wolves - jak śpiewali ich kibice - zmierzają do Championship, ale po drodze potrafią utrzeć nosa drużynom z ambicjami gry w Lidze Mistrzów. Najpierw Aston Villa, a teraz Liverpool poległy na Molineux.
Dla Slota poczucie déjà vu było przygnębiające. Jego drużyna bije rekordy w złym sensie - jako pierwsza w historii Premier League przegrała pięć meczów w jednym sezonie przez gole stracone po 90. minucie.
Trzy razy przegraliśmy w ostatnich 22 meczach - wszystkie trzy w doliczonym czasie - powiedział Slot po tym, jak Wolves, podobnie jak wcześniej Bournemouth i Manchester City, trafili w samej końcówce.
Jeśli doliczyć późne wyrównania Fulham i Leeds, Liverpool stracił już dziewięć punktów w doliczonym czasie gry. Może to kosztować ich grę w Lidze Mistrzów. Liverpool może nazwać tę porażkę okrutną- zwycięska bramka padła po rykoszecie, a oni sami dwa razy trafili w słupek lub poprzeczkę.
- To, że dzieje się to w doliczonym czasie, może być przypadkiem, ale zdarza się tak bardzo często - powiedział Slot.
Po raz kolejny rodzi to pytania o zarządzanie meczem przez Liverpool.
Daniel Marsh na łamach The Mirror pisze:
Choć wiele mówi się o problemach Salaha w tym sezonie, Cody Gakpo również jest rozczarowujący pod względem liczb. Jego gol w wygranym 5:2 meczu z West Hamem w weekend był pierwszym od początku stycznia, a na Molineux - podobnie jak Salah - był nieskuteczny.
Gdy Salah był w szczytowej formie, a Luis Diaz był podstawowym zawodnikiem na lewej stronie ofensywnego trójzębu Liverpoolu, ta dwójka miała łącznie aż 67 udziałów przy golach w Premier League, gdy The Reds pewnym krokiem sięgnęli po mistrzostwo.
Spadek w tym aspekcie w tym sezonie jest znaczący - choć trzeba zaznaczyć, że do końca rozgrywek pozostały jeszcze mecze - bo Gakpo i Salah mają między sobą zaledwie 19 takich udziałów (20, jeśli doliczyć późnego gola Salaha w tym meczu).
Ale nie chodzi tylko o liczby - nie wpływają na przebieg spotkań w taki sposób, jak skrzydłowi Liverpoolu w poprzednim sezonie. To poważny powód do niepokoju dla Slota i jego sztabu - nawet jeśli Salah w końcu zdobył bramkę w lidze po raz pierwszy od początku listopada.
Paul Joyce w The Times pisze:
Liverpool przegrał tylko dwa z poprzednich 21 meczów, a mimo to Slot wciąż nie był bliżej odpowiedzi na pytanie, jak zagra jego zespół.
Niedbale i chaotycznie, jak w pierwszej połowie poprzedniego wyjazdowego meczu z Nottingham Forest? Czy precyzyjnie przy stałych fragmentach gry, jak przeciwko West Hamowi w weekend?
Są momenty, gdy wydaje się, że wszystko zaczyna się układać i inne, gdy wygląda to tak, jakby drużyna doznała zbiorowego zaniku koncentracji.
Każdy mecz - jak mogą potwierdzić kibice podróżujący za zespołem - jest w pewnym sensie podróżą w nieznane. Co oczywiście nie stawia Holendra w najlepszym świetle.
Powstał okropny miszmasz gry, choć nie dotyczyło to dośrodkowań z rzutów rożnych - te były po prostu fatalne przez całą pierwszą połowę.
Już po 40 sekundach prawy wahadłowy Wolves Jackson Tchatchoua wbiegł za linię obrony Liverpoolu - ostatecznie bez efektu - a po drugiej stronie boiska okazje na przełamanie defensywy ostatniej drużyny tabeli również pojawiały się i znikały.
Na koniec opinia Iana Doyle’a z Liverpool Echo:
Gdy euforyczna ławka Wolves przebiegała obok niego wzdłuż linii bocznej podczas kolejnego szalonego doliczonego czasu gry, Arne Slot wyglądał znacznie bardziej ponuro.
Nic dziwnego. W momencie, gdy szkoleniowiec Liverpoolu myślał, że ten sezon już rzucił mu pod nogi wszystko, pojawiło się kolejne przypomnienie, dlaczego jego drużyna wciąż miota się w środku stawki, próbując uratować kwalifikację do Ligi Mistrzów.
Już samo to było wystarczająco złe, że The Reds ponieśli kolejną porażkę w ostatnich sekundach meczu, tracąc szansę, by przynajmniej tymczasowo wrócić do pierwszej czwórki.
Ale fakt, że stało się to przeciwko drużynie, która wcześniej wygrała zaledwie dwa z 29 meczów Premier League i dawno straciła nadzieję na utrzymanie, sprawia, że jest to prawdopodobnie najbardziej kompromitująca porażka w sezonie, który i tak ma już wielu kandydatów do tego miana.
Czy Liverpool miał pecha, że po wyrównaniu - gdy Mohamed Salah zakończył swoją serię bez gola, odpowiadając na trafienie rezerwowego Rodrigo Gomesa - ostatecznie przegrał przez potężny rykoszet od Joe Gomeza po strzale Andre cztery minuty po rozpoczęciu doliczonego czasu? Niewątpliwie.
Jednak szczęściu trzeba też pomóc. I trudno byłoby się spierać z tezą, że jeśli jedna drużyna zasłużyła na zwycięstwo w tym meczu, byli to Wolves.

Komentarze (0)