Tottenham wrócił na Anfield do podstaw
Po tygodniu spekulacji o tym, że Tottenham Hotspur rozważa zakończenie współpracy z Igorem Tudorem na stanowisku trenera i poszukuje specjalisty od Premier League - takiego jak Sean Dyche - każdy, kto oglądał niedzielny remis 1:1 z Liverpoolem, mógłby pomyśleć, że taka zmiana już nastąpiła.
Gdyby to Dyche został zatrudniony, właśnie takiego meczu można byłoby się spodziewać: ustawienie 4-4-2, głęboka defensywa, szybkie kontrataki, długie piłki i stałe fragmenty gry. A dzięki wyrównaniu w końcówce Richarlisona – zadanie zostało wykonane. Tottenham, grając w zwartym systemie i z zawodnikami dobrze rozumiejącymi swoje role, wyglądał znacznie lepiej.
Byłoby jednak sporą uprzejmością stwierdzić, że Tottenham faktycznie zagrał dobrze. Nawet ich wyrównująca bramka padła w momencie, gdy bardziej prawdopodobne wydawało się, że to Liverpool podwyższy swoje jednobramkowe prowadzenie.
Na tym etapie nie chodzi jednak o dobrą grę. Chodzi o wyniki. A system 4-4-2 zastosowany przez Tudora przynajmniej pokazał, że rozumie on podstawy swojej krótkoterminowej roli.
Tudor był dość nietypowym wyborem na tymczasowego trenera. To najbardziej nieoczywista decyzja od czasu, gdy Manchester United postawił na Ralfa Rangnicka. Tudor ma przynajmniej świeższe doświadczenie trenerskie, ale podobnie jak Rangnick był postacią stosunkowo obcą dla klubu, piłkarzy i samej Premier League.
Bycie trenerem tymczasowym jest doświadczeniem pełnym sprzeczności. Zwykle trafia się do zespołu w głębokim kryzysie, a jednocześnie nie ma czasu na próbowanie czegoś zupełnie nowego. Rangnickowi powierzono zadanie przebudowy stylu gry drużyny, ale coś takiego jest praktycznie niemożliwe, gdy szkoleniowiec ma ograniczony czas pracy.
Pierwszy mecz Tottenhamu pod wodzą Tudora – porażka 1:4 z Arsenalem – był niepokojący, ponieważ trener wymagał od piłkarzy zupełnie innego stylu gry, obejmującego ścisłe krycie indywidualne i wysoko ustawioną linię obrony. Tottenham został wtedy rozbity przez Viktora Gyökeresa, Bukayo Sakę i Eberechiego Eze – zawodników, których forma przez cały sezon jest raczej nierówna.
System z trzema obrońcami całkowicie zawiódł także w przegranym 1:3 meczu u siebie z Crystal Palace. Szczególnie podwójna zmiana po czerwonej kartce Micky’ego van de Vena w 38. minucie sprawiała wrażenie, jakby piłkarze nie byli pewni swoich pozycji. Do przerwy Spurs stracili trzy bramki i byli praktycznie poza meczem.
Na domiar wszystkiego we wtorek decyzja Tudora o posadzeniu na ławce Guglielmo Vicario i wystawieniu Antonina Kinsky’ego w Madrycie okazała się spektakularną klapą. Wszystko to sugeruje, że trener po prostu próbuje zbyt wielu rzeczy naraz. Tottenham potrzebuje prostoty.
Dlatego Tudor, niejako w stylu Dyche’a, wrócił do podstaw. Co prawda, użył tego systemu już w meczu z Fulham, który zakończył się słabym występem i porażką 1:2, ale skład na Anfield był już zupełnie inny. Cała czwórka pomocników była zmieniona. Dwóch obrońców również. Tym razem Dominic Solanke grał w ataku razem z Richarlisonem, podczas gdy Randal Kolo Muani rozpoczął spotkanie na ławce rezerwowych.
To z pewnością właściwe podejście. Kolo Muani zmaga się ze słabą formą i w całej swojej karierze zdobył zaledwie jedną bramkę w Premier League. Solanke ma ich 41, a Richarlison – 73. To wszystko bardzo podstawowe statystyki. I właśnie o to chodzi.
Przy tak prostym podejściu Tottenham potrafił atakować całkiem skutecznie. Jedna z wczesnych akcji (poniżej), która rozpoczęła się od długiego podania i zgrania piłki przez Solanke do Richarlisona, pozwoliła Spurs szybko przenieść grę za linię obrony Liverpoolu. Tottenham ma dwóch napastników potrafiących zarówno walczyć w powietrzu, jak i wychodzić na wolne pole. Po dograniu Solanke do piłki powinien dotrzeć Souza i otworzyć wynik spotkania.

Dwóch klasycznych napastników wyraźnie dawało Tottenhamowi więcej opcji w polu karnym. Gdy Mathys Tel otrzymał piłkę na lewej stronie i podniósł głowę, miał przed sobą dwóch wysokich środkowych napastników, do których mógł dograć. W poniższej sytuacji Richarlison dopadł do piłki, ale jego uderzenie głową minęło bramkę.

Charakterystycznym elementem planu Tottenhamu były długie podania Vicario – zupełne przeciwieństwo tego, jak grał w poprzednim sezonie pod wodzą Ange’a Postecoglou. Widać też wyraźny związek z problemami Kinsky’ego.
Vicario grał długimi piłkami również w poprzednim meczu w systemie 4-4-2 z Fulham. Różnica polegała jednak na tym, że tym razem Tottenham lepiej wykorzystywał takie zagrania. Wystarczy spojrzeć na liczbę udanych długich podań – pięć zakończonych powodzeniem zagrań na połowę rywala w niedzielę, podczas gdy przeciwko Fulham nie było ani jednego.
Czasami nawet nie trzeba wygrać pojedynku w powietrzu. Wystarczy, że nie zrobi tego przeciwnik.
W sytuacji poniżej, gdy Vicario zagrał długą piłkę do Solanke, akcja potoczyła się korzystnie właśnie dlatego, że Solanke jej nie dotknął. Virgil van Dijk próbował złapać Richarlisona na spalonym i nie zdążył wrócić między Brazylijczyka a bramkę, co pozwoliło napastnikowi oddać strzał. Alisson obronił i sparował piłkę na bok. Gdyby odbił ją przed siebie, Solanke mógłby dobić do pustej bramki.

Później Tudor wprowadził Kolo Muaniego na prawą stronę, dzięki czemu Tottenham miał trzech zawodników zdolnych do walki w powietrzu, gdy piłka znajdowała się po lewej stronie. W jednej z akcji Archie Gray dośrodkował w pole bramkowe, Richarlison rzucił się do piłki, lecz minimalnie jej nie sięgnął.

A potem, w 90. minucie, Tottenham w końcu doprowadził do wyrównania.
Ponownie wszystko zaczęło się od długiego podania Vicario. I znów nie chodziło o wygranie pierwszego pojedynku w powietrzu, ale o szybkie dopadnięcie do drugiej piłki. Solanke liczył na "zbiórkę", lecz pierwszy do piłki dopadł Kolo Muani i podał do Richarlisona, który zdobył w końcówce gola na wagę remisu.

Richarlison ma doświadczenie w zdobywaniu kluczowych bramek pomagających Evertonowi uniknąć spadku i wydaje się dobrze pasować do zadania, jakie stoi przed Tottenhamem do końca sezonu.
Dopiero okaże się, czy Tudor utrzyma swoją posadę, czy też Tottenham wciśnie przycisk paniki i postawi na kogoś takiego jak Dyche. Tak czy inaczej, powrót do podstaw wydaje się najlepszą szansą dla Spurs na uniknięcie spadku.
Michael Cox

Komentarze (0)