Rozmowa z Dominikiem Szoboszlaiem
Ducha rywalizacji Dominika Szoboszlaia najlepiej oddaje fakt, że prywatna wiadomość wideo od Stevena Gerrarda — początkowo żartobliwe zaproszenie do gry w padla — bardzo szybko nabrała dla niego poważniejszego znaczenia.
– Jeśli chce grać, to muszę zacząć się przygotowywać – mówi pomocnik Liverpoolu, mieszając latte w towarzystwie żony, Borki, w eleganckim Titanic Hotel w mieście. Jak widać, wyzwanie rzucone przez Gerrarda zostało przyjęte.
To właśnie ta sama ambicja sprawiła, że Szoboszlai nawet przez chwilę nie brał pod uwagę utraty miejsca w składzie latem ubiegłego roku, gdy Liverpool przeprowadził największą ofensywę transferową w swojej historii, wydając około 440 milionów funtów na nowych zawodników — w tym 116 milionów na rozgrywającego reprezentacji Niemiec, Floriana Wirtza.
Gdy Wirtz trafiał na Anfield z Bayeru Leverkusen, wielu wskazywało właśnie Szoboszlaia jako zawodnika najbardziej zagrożonego utratą miejsca w jedenastce. Kapitan reprezentacji Węgier odpowiedział jednak w najlepszy możliwy sposób, wchodząc na jeszcze wyższy poziom — mimo że cały zespół Arne Slota notuje wyraźny spadek formy.
Minęły niemal trzy lata od momentu, gdy Liverpool aktywował wartą 60 milionów funtów klauzulę odstępnego Szoboszlaia w ostatnich godzinach jej obowiązywania w RB Lipsk. Transfer przeprowadzono błyskawicznie, choć pierwsze kontakty z nowym trenerem, Jürgenem Kloppem, nie przebiegły idealnie.
– To było dość dziwne – opowiada Szoboszlai w rozmowie z ECHO. – Zawsze, gdy jestem blisko transferu albo coś ma się wydarzyć, mój agent mówi mi o tym dopiero na końcu. Tak było i tym razem — praktycznie nic nie wiedziałem, dopóki nie musiałem podjąć decyzji.
– Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Usłyszałem, że jest zainteresowanie, powiedziałem "działajmy", Jürgen do mnie zadzwonił i chwilę później podpisałem kontrakt. No… właściwie to prawda — nie odebrałem jego pierwszego telefonu. Był akurat w samochodzie, więc szybko oddzwoniłem i przeprosiłem. Nie było problemu.
– Pamiętam, że byłem wtedy na wakacjach ze znajomymi. Agent zadzwonił i powiedział, żebym był dostępny za dwie, trzy godziny, bo Klopp będzie dzwonił.
– I oczywiście zapomniałem. Byłem w morzu, a moi znajomi wybiegli z krzykiem: "Telefon dzwoni, Klopp do ciebie dzwoni!". Pobiegłem z powrotem, oddzwoniłem i musiałem przeprosić. Potem już normalnie porozmawialiśmy — powiedział, że chce mnie w Liverpoolu, a ja odpowiedziałem, że jestem gotowy.
Słuchając "You’ll Never Walk Alone" w kółko podczas lotu do Liverpoolu na badania medyczne, Szoboszlai od początku chciał jak najmocniej zanurzyć się w kulturę nowego klubu jeszcze przed debiutem na Anfield.
– Wiedziałem, jak wielkim klubem jest Liverpool, ale dopiero gdy jesteś w środku, naprawdę to czujesz. To było niesamowite. Pamiętam moment wyboru numeru — wiedziałem, że Naby Keïta już odszedł, więc 8-ka była wolna.
– Decyzja była prosta. A kiedy pierwszy raz wszedłem do ośrodka treningowego, zobaczyłem, jak to wszystko wygląda i jacy zawodnicy tu grają. To było dla mnie spełnienie marzeń.
Wybór koszulki z numerem osiem to coś, czego wielu piłkarzy — zwłaszcza trafiających do klubu za duże pieniądze — raczej by unikało. Dominik Szoboszlai kierował się jednak czymś innym. Przyciągało go dziedzictwo Stevena Gerrarda i jego historia na Anfield.
Choć porównania między obydwoma zawodnikami pojawiały się już kilkukrotnie w trakcie udanego indywidualnie sezonu obecnej "ósemki", Szoboszlai podkreśla, że nie zamierza kopiować drogi legendarnego kapitana. Chce stać się liderem na własnych zasadach.
– To duży komplement – mówi podczas wielkanocnego spotkania charytatywnego organizacji Football For Change, której przewodniczy Jamie Carragher. – Wielokrotnie jednak powtarzałem, że chcę pisać własną historię. Czasem jako zespół mamy trudne momenty, ale zawsze staramy się zostawić na boisku wszystko, co mamy. W tym sezonie staram się też pomagać poza boiskiem — szczególnie nowym zawodnikom, którzy trafiają tu z innych lig.
– Wiem, jak to jest być nowym. Wiem, jak trudno odnaleźć się w Premier League, a zwłaszcza w Liverpoolu, gdzie zawsze oczekuje się trofeów.
– Czy jestem liderem? Mam taką nadzieję, ale to inni powinni to ocenić. Ja po prostu staram się robić swoje — na boisku i poza nim. Trzymać zespół razem, dawać przykład grą. To dla mnie najważniejsze. Mam nadzieję, że jeszcze odmienimy ten sezon.
Dwanaście goli — wiele z nich efektownych — oraz osiem asyst w trudnych rozgrywkach, w których Szoboszlai bywał przesuwany nawet na prawą obronę, najlepiej pokazują jego wkład i regularność. W lutym Mohamed Salah posunął się nawet do stwierdzenia, że jego kolega z zespołu należy do najlepszych piłkarzy na świecie.
– To świetne uczucie, kiedy jeden z największych zawodników w historii Liverpoolu mówi o tobie w ten sposób – przyznaje Szoboszlai. – Jesteśmy blisko, ale wiem, że nie mówi tego dlatego. On naprawdę tak uważa i jestem mu za to bardzo wdzięczny.
Dziesięć porażek w Premier League sprawia, że Liverpool wciąż musi walczyć o miejsce w Lidze Mistrzów, ale na początku kwietnia zespół pozostaje w grze na trzech frontach. W najbliższych dniach czekają go dwa kluczowe ćwierćfinały — z Manchester City w FA Cup oraz z Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów.
Szoboszlai nie ukrywa, że wizja finału Champions League w Budapeszcie działa na jego wyobraźnię.
– Nie lubię o tym mówić, ale nie da się o tym nie myśleć. Czasem pojawia się taka myśl i rozmawiam o tym z żoną — jak by to wyglądało. Szczerze? Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Zagrać finał w Budapeszcie… To coś, dla czego pracuję każdego dnia.
– Zwłaszcza na Węgrzech wszyscy wiedzą, co to znaczy. Moim największym marzeniem było wygranie Ligi Mistrzów. Gdybym mógł zrobić to tam, podpisałbym się pod tym już teraz.
– Niczego jeszcze nie przekreślamy. Jesteśmy realistami, ale walczymy o dwa trofea — FA Cup i Ligę Mistrzów. I wierzę, że coś z tego wyciągniemy.
Szoboszlai zadomowił się na Merseyside razem z żoną i córką, która przyszła na świat w sierpniu ubiegłego roku. 25-latek przyznaje, że ojcostwo znacząco wpłynęło na jego podejście — również do piłki.
– Bardzo mnie to zmieniło. Kiedyś po meczach byłem naprawdę wściekły, jeśli coś nie szło po mojej myśli. Teraz złoszczę się przez dwie minuty, a potem myślę o niej i uświadamiam sobie, co jest w życiu najważniejsze.
W ostatnich miesiącach sporo mówi się także o jego przyszłości w klubie. Liverpool prowadzi rozmowy z jego agencją EM Sports w sprawie nowego kontraktu, który odzwierciedlałby jego rozwój od czasu transferu w 2023 roku.
Sam zawodnik nie chce dolewać oliwy do ognia, ale negocjacje trwają, a wszystko wskazuje na to, że jest gotowy związać swoją przyszłość z klubem na dłużej.
– Kocham to miejsce. Moja rodzina jest tu szczęśliwa. Kocham ten klub, kibiców i grę dla Liverpoolu. I to właściwie wszystko.
Paul Gorst

Komentarze (0)