Liverpool dobrze neutralizował City - aż w końcu przestał
Dwie zawrotne akcje wystarczyły, by Manchester City rozbił Liverpool, wygrywając 4:0 w sobotnim meczu FA Cup.
Erling Haaland uderzył błyskawicznie pod koniec pierwszej połowy, kompletując dublet w ciągu siedmiu minut, a kolejne dwa gole gospodarzy padły w odstępie zaledwie ośmiu minut na początku drugiej części gry. W efekcie losy spotkania były rozstrzygnięte jeszcze przed upływem godziny
Zwycięstwo Manchesteru City nie podlegało dyskusji, ale przez pierwsze 35 minut Liverpool dotrzymywał rywalom kroku — a momentami sprawiał nawet lepsze wrażenie. Goście potrafili zagrozić pod bramką przeciwnika, jednocześnie zachowując kontrolę w defensywie.
Poza posiadaniem piłki zespół dobrze zamykał przestrzenie i przez długi czas skutecznie neutralizował ofensywne wejścia skrzydłowych oraz bocznych obrońców Manchesteru City. Ostatecznie jednak to właśnie odejście od tej organizacji sprawiło, że mecz wymknął się Liverpoolowi spod kontroli.
Arne Slot doskonale zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie rywale stwarzają w bocznych sektorach boiska, szczególnie podkreślając znaczenie zabezpieczenia lewej strony ataku Manchesteru City, gdzie najczęściej operuje dynamiczny Jeremy Doku.
– Nie chodzi tylko o samego Doku, ale też o jego otoczenie — ilu zawodników jesteśmy w stanie wprowadzić w tę strefę? – mówił trener Liverpoolu na przedmeczowej konferencji.
– Jeśli zostaje sam na sam, to prawdopodobnie jest jednym z najlepszych na świecie… dlatego musimy zadbać o to, by nasz prawy obrońca nie był tak osamotniony jak ostatnio, gdy graliśmy z Manchesterem City.
Wnioski z poprzedniego ligowego starcia na Etihad, przegranego w listopadzie 0:3, najwyraźniej zostały wyciągnięte. W sobotę na prawej obronie wystąpił bardziej defensywnie usposobiony Joe Gomez, którego zadaniem było ścisłe krycie Doku — i zgodnie z założeniami nie pozostawał bez wsparcia.
Ryan Gravenberch i Dominik Szoboszlai rotacyjnie zabezpieczali przestrzeń opuszczaną przez Gomeza w linii obrony, podążając za charakterystycznymi zejściami do środka Nico O'Reilly'ego, ustawionego na lewej obronie.
Było to widoczne już od pierwszych minut. Doku natychmiast był podwajany po przyjęciu podania od O'Reilly'ego — Gomez schodził szeroko do linii bocznej i grał bardzo blisko rywala. Za jego plecami Gravenberch uzupełniał lukę, tworząc linię pięciu obrońców, a Szoboszlai dodatkowo zagęszczał przestrzeń.
To był jeden z głównych motywów pierwszej połowy. Manchester City wyraźnie koncentrował swoją grę na tej stronie — aż 42 procent kontaktów z piłką w ataku miało miejsce w lewej tercji boiska.
Kolejny przykład pojawił się w 19. minucie. Gravenberch i Gomez płynnie się uzupełniali — gdy jeden wychodził wyżej, drugi zabezpieczał przestrzeń za jego plecami. Warto też zwrócić uwagę na Curtisa Jonesa, który schodził niżej po prawej stronie, śledząc zejścia Rayana Cherkiego do półprzestrzeni, co momentami tworzyło nawet sześcioosobową linię defensywy.
Liverpool wyraźnie reagował na ruch bez piłki ze strony Manchesteru City.
Gravenberch wielokrotnie cofał się do linii obrony w tym sezonie, co momentami sprawiało wrażenie dość pasywnego podejścia. Można argumentować, że pomocnicy Slota powinni częściej doskakiwać wyżej i neutralizować zagrożenie u źródła, zamiast cofać się i oddawać rywalowi przestrzeń.
Mimo to przez długi czas była to skuteczna metoda na ograniczenie ofensywnych zapędów gospodarzy.
Drugi stracony gol był efektem braku reakcji na wbiegnięcie piłkarza City bez piłki prawą stroną, ale przy trzecim i czwartym trafieniu kluczowe były już znajome przestrzenie, które otworzyły się po przerwie.
Trzecia bramka dla Manchesteru City rozpoczęła się od autu wykonywanego przez Liverpool na własnej połowie, czyli sytuacji nie wymagającej szczególnego ustawienia w strukturze defensywnej. Wystarczył jednak jeden niedokładny wyrzut, by rywale wykorzystali dokładnie te luki, które Liverpool starał się wcześniej zamknąć po swojej prawej stronie.
Po wysokim odbiorze piłki kombinacyjnie zagrali Cherki i Antoine Semenyo. Liverpool był ustawiony w linii czterech obrońców, bez odpowiedniego wsparcia drugiej linii — a wykorzystana przestrzeń to dokładnie ta sama strefa na prawej stronie defensywy.
Świetne wyjście na pozycję Semenyo zostało obsłużone idealnym podaniem prostopadłym, po którym napastnik zgrabnie wykończył akcję, podbijając piłkę nad bramkarzem.

Zespół Slota próbował odzyskać kontrolę po trzecim golu. W dalszym ciągu widać było dyscyplinę Gravenbercha i Szoboszlaia, którzy cofali się, tworząc sytuacyjną linię pięciu obrońców, gdy Manchester City był przy piłce.
Jak pokazała jedna z akcji (widoczna poniżej), obydwaj potrafili to robić.

Problem w tym, że zaledwie minutę później cała struktura została rozciągnięta. Przy czwartym golu O’Reilly ruszył do przodu i wypuścił Doku w wolną przestrzeń, by chwilę później samemu dostać podanie dokładnie w te same luki, które Liverpool przez cały mecz próbował zamknąć.
Czy można się dziwić, że Liverpool tak często cofał się do piątki w defensywie, skoro bez dodatkowego zawodnika w linii obrony był bezlitośnie karany?

Zapytany po meczu o zdolność swoich piłkarzy do realizowania założeń defensywnych przez pełne 90 minut, Slot nie zamierzał ustępować.
– Jeśli ktoś mówi, że przy 15 takich biegach Manchesteru City moi zawodnicy nie reagują za każdym razem, to się z tym nie zgadzam – stwierdził. – Ale jeśli spojrzymy na stracone gole, widać brak doskoku, nieblokowane dośrodkowania i przegrane pojedynki przed bramką.
Ruch bez piłki w tercji ataku to znak rozpoznawczy kolejnego rywala Liverpoolu — Paris Saint-Germain. Gdy Ousmane Dembele, Desire Doue, Bradley Barcola i Khvicha Kvaratskhelia są w formie, żadna drużyna w Europie nie rotuje w ataku z taką płynnością.
Jeśli Liverpool chce myśleć o korzystnym wyniku w Paryżu, musi wyciągnąć wnioski z sobotnich błędów. Pełna koncentracja w defensywie przez 90 minut to absolutne minimum — w przeciwnym razie grozi mu kolejna bolesna lekcja.
Mark Carey

Komentarze (12)
Ktoś też tu uderza w VvD - to nie piłkarze są tu problemem, tylko sztab i trener. Oni są rozwaleni psychicznie przez tę miernotę ludzką. Ile to już było historii w futbolu, że przez beznadziejnych trenerów nawet najlepsze ekipy w krótkim czasie zaczęły kopać się po czołach, żeby potem po zatrudnieniu odpowiedniej osoby, zaczęły znowu wygrywać?