LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 742

Droga Craiga Heskeya do Liverpoolu


Nazwisko Heskey od zawsze otwierało Craigowi wiele drzwi.

– Emile zadebiutował w pierwszym zespole Leicester, gdy miałem około pięciu lat. Możesz sobie wyobrazić, jaki wpływ miało to na całe moje dzieciństwo – opowiada.

– Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj. Niedługo po tym, jak jako nastolatek zaczął grać w pierwszym zespole, tata zawołał mnie na dół. Zszedłem, a on wskazał na telewizor i powiedział: "To twój kuzyn".

– Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że mamy to samo nazwisko. Właśnie w tamtym momencie na dobre zakochałem się w piłce. Nieczęsto przecież można włączyć telewizor i zobaczyć, jak gra twój kuzyn.

– To był dla mnie niesamowity czas. Miałem kogoś, na kim mogłem się wzorować. Każdy ma swojego bohatera z dzieciństwa – moim był właśnie Emile.

– Samym tym, że był sobą, ukształtował mnie jako człowieka. Dzięki niemu wyrobiłem sobie własne spojrzenie na to, jak chciałbym żyć i jaką drogą podążać.

Dziś Craig pełni funkcję opiekuna zawodników w Akademii Liverpoolu. Stanowisko objął w październiku 2025 roku.

Na co dzień pracuje głównie z grupami od U-9 do U-14, koncentrując się na dobrostanie, wsparciu wychowawczym i rozwoju osobistym najmłodszych piłkarzy klubu.

– Każdy dzień wygląda trochę inaczej, ale jednym ze stałych punktów są spotkania poświęcone wsparciu zawodników. Uczestniczą w nich wszyscy, którzy dbają o rozwój chłopców pod względem społecznym, emocjonalnym i fizycznym – od edukacji i opieki medycznej, przez psychologię, aż po kwestie bezpieczeństwa – wyjaśnia Craig.

– W tym gronie jest wielu specjalistów z różnych dziedzin. Wszyscy pracujemy nad jednym celem – zapewnieniem zawodnikom jak najlepszego wsparcia.

– Staram się też regularnie pojawiać na treningach i meczach. Nie dlatego, że zajmuję się szkoleniem, ale dlatego, że jeśli naprawdę chcesz wspierać chłopaków, powinieneś interesować się tym, co jest dla nich najważniejsze. Właśnie w ten sposób buduje się zaufanie. Dział "player care" (dbanie o zawodników) musi pozostać neutralny, dlatego zależy nam, by być obecnymi i dostępnymi zarówno dla zawodników, jak i ich rodziców – kimś, z kim zawsze można porozmawiać.

– Uwielbiam oglądać ich w akcji. Wspaniale jest patrzeć, jak pokazują swoje umiejętności, ciężko pracują i robią wszystko, by stawać się lepszymi piłkarzami. Kiedy widzą, że naprawdę się tym interesujesz, łatwiej zyskujesz ich zaufanie, a to pomaga budować relacje.

– Ostatecznie jednak ta praca sprowadza się do pomagania chłopakom w tym, by stali się jak najlepszymi ludźmi. Pomagasz wychować przyszłych ojców, nauczycieli i – oczywiście – piłkarzy.

– Chcemy, by czas spędzony pod naszą opieką był dla nich jak najlepszym doświadczeniem. A jedną z największych satysfakcji daje mi moment, gdy któryś z nich zostaje zawodowym piłkarzem.

– Nie wszyscy trafią do pierwszego zespołu Liverpoolu. Oczywiście, bardzo byśmy tego chcieli, ale to niemożliwe. Niektórzy chłopcy, z którymi pracowałem wcześniej w Leyton Orient i Millwall, dziś grają w Premier League, Championship, National League North, National League South albo na niższych szczeblach. I z każdego z nich jestem tak samo dumny.

– Najważniejsze, żeby każdy przeszedł własną drogę. Nie musi ona wcale prowadzić do zawodowej piłki. Największą nagrodą jest dla mnie po prostu widok ludzi, którym dobrze układa się życie – niezależnie od tego, jaką ścieżkę wybiorą.


Craig nie jest jednak pierwszym przedstawicielem rodziny Heskey, który odcisnął swoje piętno na Liverpoolu.

Jego wspomniany wcześniej kuzyn Emile, starszy od niego o dwanaście lat, był niezwykle silnym i skutecznym napastnikiem. Odegrał też kluczową rolę w jednym z najbardziej pamiętnych sezonów w historii klubu – kampanii 2000/01, zakończonej zdobyciem trzech trofeów.

Po transferze z Leicester City w marcu 2000 roku za rekordową wówczas dla Liverpoolu kwotę 11 milionów funtów Emile zdobył 60 bramek w 223 występach. Tego lata kibice umieścili go również na 71. miejscu plebiscytu Liverpool's Greatest.

– Kiedy grał dla Liverpoolu i robił to, co robił, wydawało się to czymś zupełnie normalnym. Dzisiaj patrzę na to z perspektywy czasu i wiem, że wcale takie nie było – mówi Craig.

– Pochodzę z Londynu, a Liverpool ma na południu Anglii ogromną rzeszę kibiców. Znam mnóstwo ludzi, którzy kochają ten klub – w tym mojego tatę, który od zawsze mu kibicował.

– Dopiero kiedy sam zacząłem tutaj pracować, uświadomiłem sobie, jak wielki wpływ Liverpool ma na ludzi na całym świecie. Dlatego fakt, że Emile został wybrany do grona stu najwybitniejszych piłkarzy w historii klubu, jest czymś naprawdę wyjątkowym.

– Jego droga bardzo mnie zainspirowała i pomogła mi odnaleźć własny kierunek w życiu. Był dla mnie wzorem, a obserwowanie tego, co osiągał, miało na mnie ogromny wpływ.

Craig od najmłodszych lat podziwiał Emile'a. Wkrótce okazało się też, że sam ma talent do piłki.

– Chyba każde dziecko marzy o tym, żeby zostać piłkarzem. Ja również o tym marzyłem i w moim przypadku było to dość oczywiste – wspomina.

– To marzenie jeszcze bardziej się umocniło, gdy poszedłem do szkoły średniej. Właśnie wtedy Emile przeniósł się do Liverpoolu.

– Myślę, że miał już za sobą pierwszy sezon w klubie, kiedy zaczynałem naukę. Kilku moich nauczycieli kibicowało Liverpoolowi i przez całą szkołę wołali na mnie nie "Craig", tylko "Heskey". Z czasem stało się to czymś zupełnie normalnym.

– Oczywiście chciałem grać jako napastnik, bo Emile był napastnikiem.

Craig doszedł do poziomu półzawodowego, ale jednocześnie wykazał się rozsądkiem i zadbał o wykształcenie. Chciał mieć solidny plan awaryjny na wypadek, gdyby nie udało mu się zrobić kariery w zawodowej piłce.

Choć nie osiągnął takich sukcesów jak starszy kuzyn, ich piłkarskie drogi łączy jeden ważny element – obaj występowali w reprezentacji swojego kraju.

– Miałem szczęście reprezentować Antiguę i Barbudę, czyli kraj, z którego pochodzi moja rodzina. Mogłem tam grać dzięki dziadkom z obu stron i było to dla mnie niesamowite doświadczenie – mówi Craig.

– Samo to, jak nawiązałem z nimi kontakt, było wręcz nieprawdopodobne. Miałem 18 lat i grałem w finale pucharu szkół średnich. Przypadkiem poznałem osobę, której wujek był przedstawicielem federacji piłkarskiej Antigui i Barbudy.

– Zapytał mnie: "Chcesz zagrać dla Antigui?". Gdybym wtedy na niego nie trafił, kto wie, czy kiedykolwiek dostałbym taką szansę. Federacja zorganizowała w Anglii zgrupowanie na obiektach treningowych Ipswich i spędziłem tam cztery albo pięć dni z pierwszą reprezentacją, biorąc udział w tournée po południowo-wschodniej Anglii.

– Uznali wtedy, że nie jestem jeszcze fizycznie gotowy do gry w seniorskiej reprezentacji i, szczerze mówiąc, mieli rację. Powołali mnie jednak do kadry U-20. Przez około dziewięć dni podróżowaliśmy po Karaibach, rozgrywając kolejne mecze. Samo śpiewanie hymnu i reprezentowanie naszego kraju było czymś wyjątkowym.

– W tamtym czasie, choć było to dla mnie ogromne przeżycie, trochę je umniejszałem. Em grał przecież dla Anglii, a ja dla Antigui – niewielkiej karaibskiej wyspy.

– Ale była jedna osoba, która zawsze dopytywała mnie, jak poszło i jak wyglądały mecze. Tą osobą był Em. To wiele dla mnie znaczyło, bo czułem, że docenia fakt, iż ja również zostałem reprezentantem swojego kraju.

– Po prostu uwielbiałem grać w piłkę i występowałem w wielu klubach non-league. Znalazłem poziom odpowiedni dla siebie. Oczywiście moim celem było zostanie zawodowym piłkarzem, ale na szczęście miałem też solidne wykształcenie. Poszedłem na studia i zadbałem o zdobycie odpowiednich kwalifikacji.

– Czy kiedykolwiek przypuszczałem, że będę pracował w zawodowej piłce? Raczej nie. Tym bardziej trudno uwierzyć, że los zatoczył koło i dziś pracuję w klubie, którego barwy reprezentował Em.


Droga Craiga do pracy poza boiskiem rozpoczęła się w 2019 roku. Miał wtedy 29 lat i dołączył do Leyton Orient po tym, jak odpowiadał za klubowy program edukacyjny realizowany we współpracy z college'em, w którym pracował jako nauczyciel.

– Łączyłem pracę w edukacji z trenowaniem, ale klub zaproponował mi etat w obszarze edukacji. To była ogromna zmiana. W szkole zarabiałem więcej, ale chodziło o piłkę. Wiedziałem, że to dla mnie wielka szansa, więc z niej skorzystałem.

– Szybko doszedłem do wniosku, że mogę zostać naprawdę dobrym edukatorem i specjalistą ds. wsparcia zawodników, zamiast trenerem.

– Świetnych trenerów jest bardzo wielu, natomiast to, czym zajmuję się dziś, jest bardzo niszowe. Pomyślałem, że właśnie w tym mogę być naprawdę dobry. Skupiłem się na tym i całkowicie zrezygnowałem z trenowania.

– Z czasem zrozumiałem też, że sama edukacja nie jest moim głównym celem. Znacznie bardziej pociągało mnie wspieranie zawodników i pomaganie chłopakom zrozumieć, że choć piłka jest ogromną częścią ich życia, to nie jest całym życiem.

Kolejnym przystankiem w jego karierze był Millwall. To właśnie tam od podstaw stworzył program opieki nad zawodnikami, który z czasem objął wszystkich piłkarzy klubu – od drużyn U-9 aż po pierwszy zespół.

– To było fantastyczne doświadczenie i otworzyło mi oczy na wiele rzeczy. Kontrast był ogromny. Jednego dnia rozmawiałeś z zawodnikiem pierwszego zespołu, funkcjonującym pod ogromną presją, a wieczorem spotykałeś chłopców z U-9, którzy po prostu chcieli grać w piłkę i dobrze się bawić.

– Te rozmowy były zupełnie inne i dzięki nim bardzo wiele się nauczyłem.

Po trzech latach spędzonych w Millwall pojawiła się oferta, której nie sposób było odrzucić.

– Odejście z Millwall w ogóle nie było w moich planach. Zawsze powtarzałem, że jeśli kiedyś zmienię klub, to tylko dla naprawdę wyjątkowej okazji. Liverpool był właśnie taką okazją – mówi Craig.

– Zobaczyłem ogłoszenie i postanowiłem spróbować. Wiedziałem, że będę rywalizował z wieloma kandydatami, ale uznałem, że mam swoje szanse. Rekrutacja składała się z dwóch etapów, a drugą rozmowę odbyłem już tutaj, w Akademii.

– Kiedy zacząłem zwiedzać to miejsce, pomyślałem: "Boże, to zupełnie inny świat niż ten, który dotąd znałem". Po rozmowie zadzwoniłem do jednego z przyjaciół i powiedziałem: "Muszę wracać do domu", bo za bardzo zacząłem wyobrażać sobie, że będę tutaj pracował. Nie chciałem nakręcać się zbyt mocno, więc od razu wsiadłem do samochodu i pojechałem do Londynu.

– W Liverpoolu powiedzieli mi, którego dnia mogę spodziewać się telefonu. Pamiętam, że to był naprawdę stresujący dzień. Byłem akurat na stadionie Millwall podczas sesji zdjęciowej drużyny U-18, gdy zadzwonił telefon. Pobiegłem na drugi koniec boiska, żeby odebrać. Na szczęście usłyszałem dobre wiadomości.

– Zadzwoniłem do taty i nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby był z czegoś tak dumny. Wiecie, jak czasem można usłyszeć przez telefon, że ktoś się uśmiecha? Właśnie taki był. Przypomniał mi wtedy zdjęcie, które zrobił mnie i mojej siostrze w koszulkach Liverpoolu tuż po transferze Emile'a do klubu w 2000 roku.


– Em prosił, żebym informował go na bieżąco, jak przebiega rekrutacja. Kiedy powiedziałem mu, że dostałem tę pracę, od razu przysłał mi gratulacje. To niesamowite, że 25 lat później sam trafiłem do tego samego klubu. Jakie było prawdopodobieństwo? Chyba tak właśnie miało się stać.

Craig jest przekonany, że odnalazł swoje powołanie. Podobnie jak jego kuzyn, znalazł też swoje miejsce w Liverpoolu.

– Właśnie w obszarze dbania o zawodników czuję, że jestem na swoim miejscu. To tutaj najlepiej mogę wykorzystać swoje umiejętności – podsumowuje.

– Widzę przed sobą możliwości dalszego rozwoju, a sama dziedzina troski o piłkarzy również cały czas się rozwija. Nieustannie uczysz się nowych rzeczy i dostosowujesz do nowych sytuacji, dzięki czemu zyskujesz szerszą perspektywę.

– Zawsze można nauczyć się czegoś nowego. Chodzi o to, by wyposażyć dzieci w jak najwięcej narzędzi, które przydadzą im się w życiu – nie tylko w piłce – i pomóc im otworzyć się na zmiany.

– Jeśli ich przyszłość będzie związana z tym klubem, to wspaniale. A jeśli nie, też będzie w porządku. Najważniejsze, żeby wiedzieli, że istnieje wiele dróg prowadzących do celu i że mogą odnaleźć własne miejsce w życiu.

Sam Williams

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (0)

Pozostałe aktualności