Osób online 923

Paul Tomkins na temat Iana Rusha

Artykuł z cyklu Artykuły


Nie widziałem wielu lepszych egzekutorów niż nasza legendarna 9. Umieściłbym może Robbiego Fowlera nieco wyżej dzięki szerszemu wachlarzowi rodzajów zdobywania bramek, ale w kategoriach ogólnej gry z przodu i ilości goli, nie przychodzi mi na myśl nikt lepszy, niż człowiek z Flint.

W roku 1984. zdobył we wszystkich rozgrywkach 47 bramek. I to nie będąc wykonawcą jedenastek. To nawet bardziej niż niebywałe. To były jego najlepsze czasy, lata przed przenosinami do Juventusu w 1987 r.. Po jego powrocie rok póĽniej było mniej goli, ale za to oglądaliśmy lepszego piłkarza, który pomógł Fowlerowi stać się tym zawodnikiem, którego znamy.

Pamiętam jeden, mało znaczący mecz, przeciwko Crystal Palace na Selhurst Park w 1993. Skończyło się 1-1 a Rush strzelił bramkę. Choć zdołał strzelić tylko jednego gola, ta noc była dla niego fenomenalna w każdym aspekcie jego gry: poziom i ilość wykonanej pracy, poruszanie się i próby strzałów. Graeme Souness, ówczesny manager i, oczywiście, kolega Rusha z jego pierwszych lat na Anfield, opisał to jako najlepszy występ napastnika, jaki kiedykolwiek widział.

Ale i tak teraz ginie to raczej w mrokach pamięci, staje się zapomnianym występem. Teraz sam nawet nie potrafię przypomnieć sobie jakichś przykładów udanych zagrań. Pamiętam tylko to uczucie podziwu, gdy opuszczałem stadion. Zacząłem chodzić na mecze w 1990 r., widziałem go w znacznej ilości meczów, ale żaden nie był tak dobry jak tamten.

Nieco ponad dekadę przed tym majstersztykiem, nie będąc nawet nastolatkiem, grałem z kolegami w piłkę w parku. Obowiązkowo bluzy jako słupki i wychodzący bramkarze, ganialiśmy się dzień w dzień, aż do godziny w której było za ciemno żeby widzieć piłkę. A ja zawsze byłem Ianem Rushem. Piłem nawet mleko, bo reklama mówiła, że on też to robi. Nie chciałem skończyć grając dla Accrington Stanley.

Przewińmy czas do przodu o 14 albo 15 lat, do kwietnia 1996 r., gdy korzystałem z pisuaru w hotelu Moat House w Liverpoolu. Wówczas mój idol z dzieciństwa stał tuż obok mnie. Ledwie godziny wcześniej widziałem jak wymieniał teraz już legendarne podania z Johnem Barnesem. Nawet nie te raz-dwa znane ze starszych lat, ale raczej raz-dwa-raz-dwa-raz-dwa-(litościwa przerwa na zupełne załamanie się obrońców)-raz-dwa, zanim Collymore huknął i zdobył zwycięską bramkę, która dała wynik 4-3 z Newcastle.

W tej ubikacji był też znajomy Rusha, który akurat pytał się go, czy ten już zdecydował gdzie się wybiera, gdy już było wiadomo, że Liverpool go wypuszcza. Rushie (którego celowanie na szczęście było niezakłócone, nawet o 1. w nocy) powiedział, że będzie to Leeds, a ja poczułem pewną przewagę nad resztą świata. Moment był dla mnie mocno surrealistyczny, ale poczułem że nie jest to najlepsza chwila na poproszenie o autograf (albo, gdyby nerwy powstrzymały mnie przed wypowiedzeniem ostatniego słowa, na poproszenie o zaszczyt uściśnięcia jego ręki).

Uczymy się poprze kopiowanie innych. A imitacja jest najlepszą formą schlebiania. Zatem pod wieloma względami, największym komplementem, którym mogę uraczyć legendarną dziewiątkę, jest fakt iż całe życie naśladowałem w swojej grze mojego idola (a przynajmniej taki miałem cel).

Mógłbym mówić o kluczowych wielkościach, jeśli chodzi o jego gole – 346 czy 229 – albo opisywać jego egzekucje, które wszyscy widzieliśmy tysiące razy, ale dla mnie, patrząc z osobistej perspektywy, moim największym dla niego komplementem może być to, iż całe życie chciałem być następnym Ianem Rushem.

Mogłem mówić cały dzień o fenomenalnych umiejętnościach Rusha w polu karnym, ale jeden aspekt sztuki ataku wyróżnia się dla mnie w specjalny sposób. Potrafił wykańczać akcje wszelkiego rodzaju, ale to sytuacje jeden na jeden, przeważnie po podaniach Kenny’ego Dalglisha, były jego wizytówką. Szybkość to jedna rzecz, ale używanie jej z głową, to już coś zupełnie innego. A nikt nie robił tego lepiej niż Ian Rush.

Mogę się mylić, ale wyobrażam sobie że mnóstwo ludzi, którzy nigdy nie grali w piłkę myśli sobie, że sytuacje sam na sam z bramkarzem są najłatwiejsze. W końcu to tylko napastnik kontra bramkarz. Proste, prawda?

Ale te sytuacje, to jak jedenastki dla napastnika. Pokonanie bramkarza z rzutu karnego nie jest najtrudniejszą rzeczą na świecie, ale to presja czyni je naprawdę trudnymi. Presja czyni technikę już nie tak mocnym punktem.

W tych momentach, tak jak przy karnych, to myślenie staje się problemem.

Tak wiele w zawodzie napastnika polega na tych instynktownych decyzjach w ułamek sekundy, gdy wokół panuje tłok, gdy nie ma czasu na pozbycie się presji. Zatem gdy nie masz czasu na pomyślenie co masz zamiar zrobić – czy co ważniejsze, czasu na zmianę decyzji kilka razy – to może to prowadzić do katastrofy.

Sprawdzają twoje opanowanie, które jest wrodzone, ale i też pewność siebie, którą można nabyć. Gdy zawodnikowi jej brakuje i spudłował parę poprzednich jedenastek, raczej nie powierzyłbyś mu wykonania kolejnego strzału z wapna. To byłoby szalone. Ale szybki środkowy napastnik nie schowa się gdy dostanie zagranie na wprost bramki.

Oczywiście, ci dobrzy dalej będą chcieli tych szans, bo wiedzą że los się w końcu odwróci. Mają odpowiednią mentalność. Ale nawet ci, którym nie idzie nie mogą podać piłki o ile nie chcą wyjść na kompletnych idiotów. Kiedy już masz tam piłkę, musisz iść do końca – nie kierować się ku narożnikowi boiska czy podać do tyłu.

Pamiętam mecz w eliminacji do Pucharu Anglii i spudłowanie trzech rzutów karnych. Ciężko wytłumaczyć co ci chodzi po głowie w takich chwilach. Słowo ‘frajer’ czasem się pojawia. Tak samo jak od groma idei i instrukcji, i czujesz jak Twoje serce bije coraz szybciej. Kiedy jesteś w gazie, czujesz że masz kontrolę i jesteś bardziej zrelaksowany, ale i tak nie jest łatwo.

Piłka ląduje pudle i pach, uderzasz ją. Ale jeśli przejmujesz ją w okolicach połowy boiska, musisz kopnąć ją kilka razy, a tuż za tobą biegną obrońcy (których nie spowalniają próby opanowania piłki).

Nie masz też pojęcia co zamierza zrobić bramkarz, zatem musisz też wyczuć jego intencje, jednocześnie zwracając uwagę na piłkę. Zazwyczaj gdy chodziło o Rushiego, rola bramkarza była raczej mało skomplikowana. Ograniczała się do obserwowania zbliżającego się wąsatego maestro a potem wyjęcia piłki z siatki.

Uniknięcie pułapki ofsajdowej jest zawsze kluczowe, i tu polega wielu szybkich napastników, albo zostają krzywdzeni przez wielu liniowych nawet jeśli wszystko było zgodnie z przepisami. Ale Rush był pionierem rodzaju ruchu, w którym poruszał się wzdłuż linii obrony, więc poruszał się już w momencie podania. Wszystko co musiał zrobić, to odwrócić się o 90 stopni i zostawić obrońców daleko z tyłu.

I to było najważniejsze. Myślę, że wielu szybkich napastników, którzy mogą sobie pozwolić na nieco póĽniejszy start do piłki aby uniknąć spalonego, chce zostawić obrońców jeszcze w blokach startowych. To frustruje fanów, ale zupełnie rozumiem ten impuls.

Wiem, że kiedy ja grałem, to czułem się właśnie w ten sposób, ponieważ w momencie w którym zaczynasz zbliżać się do bramkarza, naturalnie zwalniasz żeby ocenić sytuację. Potrzebujesz parę metrów od ostatniego obrońcy, który jeśli się do ciebie odpowiednio zbliży, zacznie ciągnąc za twoją koszulkę i kopać twoje kostki. Ale Rush miał perfekcyjną technikę dochodzenia do sytuacji bramkowych bez asysty obrońców. Nikt nie mógł go złapać, choćby nie wiadomo jak się starał. Tyle razy wymijał bramkarzy wraz z piłką i umieszczał ją w pustej bramce.

Lata dorastania i obserwowania Rushiego wyraĽnie wpłynęły na to, jak póĽniej ja radziłem sobie w takich sytuacjach: chęć bycia tak samo szczęśliwym (i nie ociągania się z decyzją do ostatniej chwili) z minięcia bramkarza zarówno z lewej jak i prawej strony. Jeśli ujawnisz swoje zamiary, albo masz wyraĽne preferencje co do wybieranej strony, to bramkarz ma nad tobą przewagę. A Rushie był naturalnie obunożny…

Potem jest dobranie odpowiedniej siły strzału, tak aby piłka minęła dość szybko i pewnie bramkara, a ten nie mógł jej sięgnąć. Nigdy formalnie mnie tego nie uczono, ale ta umiejętność przedostała się do mojego umysłu poprzez obserwowanie mistrza.

(Oczywiście, w tym momencie muszę dodać, że mimo wszystko moja gra w żadnym stopniu, formie czy sposobie nie przypominała gry Rusha – dla tych co mnie obserwowali, bardziej to wyglądało na to, że jeśli chodzi o poziom pracy, naśladowałem Mickeya Quinna, oddanie – Marco Boogersa, elegancję gry – Carlton Palmera, a od Martina Keowna przejąłem umiejętność oddawania celnych strzałów).

Rush mógł też szybko strzelać boczną częścią stopy obok bramkarza – tak jak to lubił robić Michael Owen. Bramkarz skraca kąt, ale jeśli jesteś dość dobry, to zmieścisz piłkę w tym wąskim, otwartym korytarzu.

Inny popularny sposób Rushiego polegał na przerzucaniu piłki nad bramkarzem, gdy ten już kładł się na murawie. Obecnie ta metoda wymiera, gdyż bramkarze dłużej wytrzymują na nogach. Pepe Reina jest w tym szczególnie dobry, idąc w ślady Petera Schmeichela. Ale za tamtych dni, gdy bramkarze zawsze szybko się kładli, nikt nie potrafił tego lepiej wykorzystywać niż Rush.

Generalnie, Rush mógł wykorzystać sytuację sam na sam w każdy możliwy sposób, a przez to nigdy nie był przewidywalny. I choć byli bardziej eleganccy egzekutorzy, jak Henry czy Fowler, albo bardziej wydajni, jak Shearer (który wykorzystywał też mnóstwo jedenastek), nie było wielu lepszych jeśli chodzi o ogólną grę, i z pewnością nie było nikogo, kto by lepiej wykorzystywał sytuacje sam na sam.

Z kilku powodów byłem tylko pół-zawodowcem, ale gdyby nie Ian Rush i lekcje których niebezpośrednio mi udzielił, mogłem też zostać bezużytecznym dzieciakiem, zawsze wybieranym na końcu przy wybieraniu drużyn w szkole. Bez Rusha, mógłbym teraz pisać o szydełkowaniu, albo, Boże dopomóż, czymś naprawdę głupim – jak rugby.

Zatem zawdzięczam mu naprawdę sporo.

Paul Tomkins

Ľródło: liverpoolfc.tv



Autor: Alex
Data publikacji: 08.11.2007 (zmod. 02.07.2020)