Osób online 964

Czas na sukcesy w lidze

Artykuł z cyklu Artykuły


Liverpool odnalazł swoje południowe Anfield i Wembley ponownie stało się jego drugim domem, jednak pomimo radości, jaką czerpie z pucharów, czas by północne Anfield stało się ligową fortecą.

Wynik pięciu wygranych na własnym boisku, czyli dokładnie taki jak QPR i Blackburn Rovers, jest zbyt kiepski dla klubu o tak wspaniałej historii gry w Europie, który pragnie grać w Champions League.

Pomimo tego, że Kenny Dalglish mógł oglądać jak Liverpool pokonuje ich sąsiadów 2:1 i dostaje się do finału FA Cup, jego zespół wciąż jest w budowie.

Wygrali w sobotę, ale w półfinale było więcej chaosu niż techniki, wyłączając z tego Luisa Suareza.

Ogólnie Liverpool ma zadatki na bycie dobrym zespołem.

Jeżeli chodzi o obronę, to Pepe Reina, Glen Johnson, Martin Skrtel, Daniel Agger i Jose Enrique są z pewnością dobrymi piłkarzami. W pomocy Steven Gerrard i utęskniony Lucas dają dobrze zbalansowany środek pola.

Craig Bellamy, jeżeli pozwolą mu na to kolana, stanowi dużą siłę.

Suarez, najlepszy zawodnik Liverpoolu i Andy Carroll, jeżeli będzie kontynuował pracę nad swoim rzemiosłem, mogą stanowić niezbędną siłę uderzeniową.

Wciąż jednak należy oczekiwać licznych jakościowych transferów i nadzieje Liverpoolu na zapewnienie sobie miejsca w Champions League mogą przepaść jeżeli nie zainwestują w środek pola, szybkiego, kreatywnego pomocnika (Jordan Henderson wciąż pozostaje w cieniu Gerrarda) i szybkiego skrzydłowego (gdyż Dirk Kuyt i ku zaskoczeniu Maxi nie są uwzględniani w planach Dalglisha, a Stewart Downing wciąż musi wszystkich do siebie przekonać).

Należy kupić minimum trzech graczy. Za minimum 40 milionów funtów.

Podczas gdy Liverpool będzie próbował ściągnąć gwiazdy, bądź zawodników klasy B w obliczu braku gry w Champions League, Everton wciąż pozostanie Evertonem, zespołem mocniejszym niż mogłoby się wydawać, znajdującym się w środku tabeli i okazyjnie okazującego przebłyski w pucharach.

Everton wciąż będzie polegał na umiejętnościach Davida Moyesa w przeprowadzaniu transferów, silnym duchu drużyny i klubowej filozofii, która w dobry sposób była przedstawiona na jednym z bannerów na Wembley: „Nasze portfele mogę być puste, ale mamy pełne serca”.

Jedna rzecz jednak prześladuje fanów Evertonu w ich snach, odejście Moyesa do lepszego klubu.

Jeżeli Harry Redknapp odejdzie z Tottenhamu na rzecz reprezentacji Anglii, Moyes będzie jednym z kandydatów na jego miejsce.

Pojawia się jednak kwestia, czy Moyes poradzi sobie w szatni z zawodnikami o wysokim ego.

Odpowiedź: Jest wystarczająco silny.

Kolejne pytanie dotyczy jakości gry. Everton Moyesa, szczególnie po przyjściu Darrona Gibsona i Nikicy Jelavica, nie są nawet „Psami Wojny 2”.

Potrzebują gwiazd jak ich dwóch fanów, Dame Judy Dench i Amanda Holden, ale zespół wygląda tak a nie inaczej ze względów finansowych.

Everton potrzebuje uwierzyć, że potrafią walczyć z Liverpoolem 90 minutach, a nie tylko 45.

Everton dominował w pierwszej połowie z wyjątkiem nerwowego początku, w którym Jay Spearing niewiele przestrzelił.

Suarez i Carroll nie mogli się urwać Sylvainowi Distin i Johnowi Hetindze.

W wyrazie frustracji Suarez wykonał chwyt rodem z rugby na Heitindze.

Boczni obrońcy Evertonu, Phil Neville i Leighton Baines zaimponowali wyłączając z gry skrzydłowych Dalglisha, Hendersona i Downinga.

Neville również czytał dobrze grę Liverpoolu, przerywając zagrania Suareza do Gerrarda.

Marouane Fellaini i Gibson, przecinali podania i rozsyłali piłkę do kolegów z zespołu.

W ataku Tim Cahill, który odrobinę zawiódł, pomógł niesamowitego Jelavicowi.

Chorwat zdobył bramkę po 24 minutach po tym jak Jamie Carragher i Agger zachowali się jak niedbali odźwierni.

Nagle, przypomnieliśmy sobie przedmeczowe pytania dotyczące tego, czemu Carragher zaczyna mecz, Skrtel i Agger nie tworzą ponownie środka obrony, a Enrique nie gra jako lewy obrońca.

Zawstydzony Liverpool wyszedł na drugą część meczu jeszcze bardziej spragniony zwycięstwa.

Grający dotąd wspaniale boczni obrońcy Evertonu zostali rozbici dwie minuty po przerwie.

Downing pokonał Bainesa i dośrodkował piłkę do Carrolla, który uciekł Neville’owi na długim słupku, ale okropnie chybił.

Wystarczył błąd, by Liverpool wrócił do gry.

Distin, który znalazł się boku boiska, zagrał z małą siłą w stronę Tima Howarda swoją słabszą prawą stopą i Suarez poczuł krew.

Urugwajczyk lewą nogą skierował piłkę w pole karne, a prawą dopełnił formalności i piłka przeszła obok Howarda.

Distin stojąc na linii schował swoją głowę w ręce a następnie spojrzał w niebo szukając odkupienia i wyjaśnienia dla jego chwilowego szaleństwa. Trawa była odrobinę dłuższa niż zwykle, by boisko wytrzymało dwa mecze w odstępie 30 godzin, ale wina leży po stronie Distina.

Jeden błąd Distina, dwa dotknięcia piłki przez Suareza, a półfinał zmienił kompletnie swój przebieg.

Moyes dokonał zmian, wymienił Magaye Gueye’a na Seamusa Colemana.

Reprezentant Irlandii nie wszedł dobrze w mecz, dostał żółtą kartkę a następnie w 87 minucie niepotrzebnie faulował Gerrarda, który zmierzał w narożnik boiska.

Bellamy, który zmienił trzy minuty wcześniej Downinga, posłał piłkę do Carrolla, który umknął wolnemu Fellainiemu i głową dał Liverpoolowi awans do finału.

Podczas gdy Dalglish ściskał swoich piłkarzy, Moyes pocieszał zwyciężonych i jako ostatni opuścił boisko.

Czas Moyesa nadejdzie czy to w Evertonie, czy gdziekolwiek indziej.

Jest zbyt dobrym menedżerem by nigdy nie zdobyć pucharu.

Dalglish wie, że najbliższe miesiące zadecydują o jego przyszłości, poczynając od jego ruchów transferów w lecie.

Henry Winter



Autor: Tomasi
Data publikacji: 17.04.2012 (zmod. 02.07.2020)