player
 
Osób online 76

LFC.pl na Fulham (listopad 2008)

Artykuł z cyklu Wspomnienia z Anfield


Nadszedł ten dzień. Po wielu naprawdę dłużących się tygodniach oczekiwania data 21.11 miała zostać zapisana jako dzień, w którym spełniły się moje (a także paru innych osób) dziecięce marzenia.

Podróż marzeń zaczęła się dla mnie o godzinie 2.30 czasu polskiego, na którą to nastawiłem swój alarm w telefonie (rzecz jasna obudziłem się dużo wcześniej). Po wepchnięciu w siebie jednej kanapki i z błogosławieństwem mojego ojca ruszyłem na podbój Miasta Beatlesów. O umówionej porze spotkałem się na Dworcu Centralnym z Markiem „lfc”, by wspólnie zapakować się w autobus nocny mający nas zawieść na Lotnisko Okęcie. Co ciekawe, w autobusie czekając na odjazd wypatrzyliśmy...kibica Evertonu, który jak się później okazało leciał tym samym samolotem co my. Zdradził się czarną czapką z wyszywanym herbem, który mogliśmy łatwo dostrzec kiedy nader często odwracał się w naszą stronę słysząc słowa „Liverpool”, „Anfield” czy „Gerrard”.

Kiedy dotarliśmy N32 po dość sprawnej jeździe do terminalu „Etiuda” okazało się, że w holu czekali na nas Adam DWT, Duszek, Kazik i Wieviór. Umilając sobie czas żartami i wzajemnymi opowiadaniami „co to się robiło dzień wcześniej” czy „Jak się dojechało na miejsce” i snuciem nie odległych przecież planów na dzień obecny niecierpliwie wyczekiwaliśmy na Pelca, Angie, Błażeja i Karolinę. Spóźnieni bo spóźnieni, acz cali i zdrowi dołączyli do nas i mogliśmy w końcu z czystym sercem się odprawić.

Samolot

Podróż samolotem również dostarczyła nam sporo pozytywnych emocji. Chociażby z tego względu, iż dla trzech osób (ja, Duszek i Marek „lfc”) był to dziewiczy rejs. Zaś przez większą część podróży wałkowaliśmy temat katastrof lotniczych. Jak na kogoś, kto leci pierwszy raz w życiu samolotem i powinien z racji tego być, co najmniej zaniepokojonym, żeby nie powiedzieć przestraszonym – ciekawy dobór tematu do rozmowy, nie? Zwłaszcza jeden cytat, wypowiedziany przez Kazika, szczególnie zapadł mi w pamięć: „chuj z nami, byle by jutro 3 punkty były”. Kiedy temat się wyczerpał (a myślałem, że dzięki uporowi Marka to się nigdy nie stanie) każdy z nas pogrążył się w swoich myślach i mniej lub bardziej cierpliwym oczekiwaniu na lądowanie. Nie trwało to aż tak bardzo długo, ponieważ kiedy z okna samolotu ujrzeliśmy dwa położone po przeciwnych stronach Stanley Parku stadiony humory automatycznie się nam poprawiły. Niedługo potem, o godzinie wpół do dziewiątej z hakiem (jeszcze GMT+1) bezpiecznie wylądowaliśmy na lotnisku im. Johna Lennona.

Jesteśmy tam

Po przestawieniu zegarków na czas miejscowy zapakowaliśmy się w piętrowca, który miał nas zawieźć na stację Christine Street, skąd mieliśmy się udać do naszego hostelu. Po krótkiej jeździe na piętrze z DWT Adamem zdecydowaliśmy się przenieść na dół do reszty. Każdy z nas łapczywie chłonął krajobrazy, które pojawiały się za oknem, wszyscy byli zachwyceni.

Dzielnicą, w której się znaleźliśmy był Toxteth, miejsce, gdzie wychował się Robbie „God” Fowler. W drodze do hostelu przechodziliśmy przez puste uliczki z typowo angielską niską zabudową. Urokliwe widoki, zwłaszcza że tego ranka pogoda nad wyraz dopisała.

Nasz hostel nosił nazwę „Embassie” i był położony niedaleko centrum miasta, jakieś 10-15 minut spacerkiem, w Toxteth właśnie. Pierwsza myśl odnośnie tego miejsca: „no, Sobieski to raczej nie jest”. Mimo to zdołałem w ciągu następnych kilku minut szaleńczo je polubić. Mieszanka kultur i ras, śniadania, kolacje (które trzeba było sobie samemu przyrządzić), zmywanie po sobie sprawiło, że można było poczuć się jak u siebie w domu.

Miasto

Zaspokajając własny wilczy głód i po opłaceniu pobytu ruszyliśmy na miasto. Mijając zabytkowe kościoły (2, w tym jeden pusty) i Chinatown skierowaliśmy się do centrum, aby poszukać kantoru i sklepów klubowych, przy okazji je zwiedzając. Najpierw wstąpiliśmy do sklepiku przy Williamson Square, aczkolwiek nic tam nie kupowaliśmy, uważając że lepszym rozwiązaniem będzie odwiedzenie Superstore'u, gdzie spędziliśmy sporo czasu, tak na dobrą sprawę dokładnie nie wiedząc, od czego zacząć na wejściu; padło na sesję zdjęciową z woskowym Gerrardem.

Po zakupach chłopaki zgłodnieli, więc poszli coś wtrącić do Burger Kinga, a ja z Pelcem, Błażejem poszliśmy zwiedzić resztę kompleksu handlowego „Liverpool One”. W tym czasie mogłem się na własnej skórze przekonać, co to znaczy angielska pogoda – raz słońce, raz ulewa, raz chmury i wiatr... i tak w kółko. Kiedy Maciek i Błażej musieli wracać do dziewczyn, by wybrać się na wspólne zakupy, ja dołączyłem do Marka, Bartka, Adama, Pawła i Kazika, by przejść do głównego punktu tego dnia: zwiedzić Anfield Road. Zabraliśmy się autobusem linii 17 z Queens Square wprost pod sam stadion. Mając spory zapas czasu rozpoczęły się sesje zdjęciowe z Shanksem, bramami Paisleya i Shankly'ego a także z Liverpool Memorial, gdzie przystanęliśmy na chwilę w zadumie. Dała też o sobie znać wysoka kultura miejscowych – jadący samochodem człowiek zatrzymał się na chwilę, by pozwolić nam całkowicie ująć w kadrze bramę Shankly'ego; następnie w geście zapytania podniósł kciuk do góry, a kiedy odpowiedzieliśmy tym samym ruszył dalej.

W oczekiwaniu na naszą godzinę tour'u dołączył do nas Witz, który leciał do Liverpoolu z Katowic późniejszym od naszego lotem.

Anfield

Tour również był niesamowitym przeżyciem. Przewodnicy najpierw przeprowadzili nas przez wejście dla zawodników, potem korytarzem minęliśmy specjalne pomieszczenie, gdzie są udzielane wywiady po meczu (jest jeszcze jedno tam takie miejsce), by zatrzymać się przy szatniach (do których niestety nie mogliśmy wejść, ponieważ był to dzień przed meczem; na osłodę można było zobaczyć szatnię arbitrów) i słynnej tabliczce „This is Anfield”. Warto wspomnieć, że uczestnikiem touru był również kibic Man United, który ujawnił się na samym początku wycieczki odpowiadając na pytanie „Czy są z nami kibice innych drużyn?”... cóż, konsekwencje tego były takie, że przewodnicy przy każdej nadarzającej się okazji obierali gościa i ManU za cel uszczypliwych żarcików. Po tym wszystkim wreszcie mogliśmy wejść na stadion. Przyznam szczerze – kiedy wszedłem po schodkach na stadion i przystanąłem na chwilę – zaparło mi dech w piersiach, a nogi się pode mną ugięły. „Jestem w raju”, pomyślałem. W tym czasie można było zająć miejsce, na którym co mecz siada Rafael Benitez, czy też strzelić sobie zdjęcie na tle legendarnej trybuny The Kop jak i całego stadionu. I wreszcie ostatni punkt tego dnia – muzeum. Mozaika upamiętniająca tragedie w Hillsborough, wszystkie te medale, trofea, pamiątki w postaci koszulek, szalików, flag czy też plakatów robiły piorunujące wrażenie. W muzeum są dokładnie trzy sale, w których pokazywane są filmy upamiętniające zdobycie ważnych trofeów: dwie ze Stambułem, przy czym główna z nich jest stylizowana na jakby salę kinową (w której po obejrzeniu tego wszystkiego zasiedzieliśmy się do samego zamknięcia muzeum), w drugiej zaś znajduje się makieta stadionu z początku XX wieku. W trzeciej salce natomiast puszczają na przemian Stambuł z Gelsenkirchen.

Nasza ekipa

Docierając z powrotem do centrum podprowadziliśmy Witza pod Superstore, by mógł się zaopatrzyć w to co sobie zaplanował, a my zahaczyliśmy o jakąś piekarnię. W międzyczasie spotkaliśmy resztę ekipy by znów udać się w kierunku Liverpool One, tym razem by spotkać się z Shelbym. Jakiekolwiek domysły snute do tej pory o jego osobie wzięły w łeb. Paweł okazał się naprawdę równym gościem, pomocnym i sympatycznym, o czym mieliśmy się okazję przekonać w ciągu następnych kilkunastu godzin. Następnie Shelby odłączył się od nas, by coś załatwić, a my ruszyliśmy dalej. Po chwili narady podzieliliśmy się na dwie grupy: pierwsza (Kazik, Wieviór, Adam, Dawid i ja) udała się prosto do hostelu, a druga (Pelcu, Marek, Duszek, Błażej i dziewczyny) prawdopodobnie żeby coś zjeść, chociaż głowy za to nie dam. Faktem jednak jest, że mniej więcej po naszym przybyciu przyszła reszta ekipy, i po jakim takim rozpakowaniu się (a także przebraniu) mogliśmy rozpocząć szalony wieczór czy też noc przy piwku i czymś mocniejszym (oczywiście w rozsądnych ilościach, okraszoną jajcarskimi potyczkami w bilard, gdzie wysokie umiejętności prezentował Witz, śpiewami i wspólnymi rozmowami o wszystkim i niczym).

Dzień meczu

Następnego dnia obudziliśmy się około dziewiątej. Szybki prysznic, śniadanie – i ruszamy na mecz! Po wyjściu z Embassie skierowaliśmy się na Williamson Square, by złapać jedną z tych słynnych londyńskich taksówek (zjawiskowe, nieprawdaż?), które miały nas zawieźć pod stadion. Zapakowaliśmy się w dwa pojazdu i ruszyliśmy do celu. Im bliżej było do Anfield, tym więcej można było zauważyć ludzi poubieranych na czerwono. Kiedy wysiadaliśmy, nie było jeszcze wiele osób; tysiąc, może mniej kręciło się wokół stadionu, lecz z minuty na minutę pojawiali się nowi kibice. Postanowiliśmy z paroma osobami, że dla zabicia czasu podejdziemy nieopodal bramy Shankly'ego, by ustawić się żeby zobaczyć wysiadających z autokaru piłkarzy. Czym bliżej było do meczu, tym bardziej czerwony tłum zaczął gęstnieć, dlatego przed przyjazdem oficjeli jeszcze (m. in. wujek Robbiego Keane'a, Moores z Parrym) miejscowa policja musiał wesprzeć stewardów przy pilnowaniu porządku.

Kiedy nasi piłkarze i sztab szkoleniowy odziani w garnitury wysiadali z autobusu towarzyszyło każdemu z nich gromkie „yeeey”, na co sami gracze reagowali uśmiechami, machnięciami ręką w geście pozdrowienia, śmiechem bądź też bez rozpamiętywania kierowali się wprost do szatni. Zaś kiedy podjechał autokar z graczami Fulham, tylko na dwóch z nich zareagowali zgromadzeni kibice: Danny Murphy dostał brawa, za czym Andrew Johnson został wygwizdany i wybuczany, na co sam szelmowsko się uśmiechnął. Kiedy i „Wieśniaki” znalazły się już w swojej szatni, rozległ się głos spikera obwieszczając, iż bramki na stadion zostały otwarte i można zacząć zajmować swoje miejsca. Lecz my byliśmy skazani na nerwowe oczekiwanie na niejakiego Pawła „Pioruna”, na którego kupiona była część biletów, i które miał nam dostarczyć. Niestety, perypetie jakie zastał na swej drodze na Anfield Road maksymalnie ją wydłużyły, przez co wybaczyliśmy chłopakowi spóźnienie. Szczęśliwie jednak na jakieś dwadzieścia minut przed pierwszym gwizdkiem otrzymaliśmy nasze wejściówki i sprintem pognaliśmy na drugi koniec stadionu (jako że wszyscy którzy nie mieli dotychczas biletów byli usadowieni na trybunie Anfield Road Lower, a z Piorunem byliśmy umówieni przy pomniku Shankly'ego), gdzie mało co nie skręciłem sobie kostki zbiegając z chodnika; kontuzja dawała o sobie znać do końca tamtego dnia.

O samym meczu nie będę się niepotrzebnie rozpisywał, natomiast co do atmosfery na Anfield Road powiem jedno - „There is no noice like The Anfield noice and I love it”. Słowa wypowiedziane przez Iana St. Johna doskonale ów fakt oddają.

Po meczu w zasadzie tylko dziewczyny nie były w minorowych nastrojach. Frustrujący remis osłodziły nam wieści z innych stadionów, gdzie Chelsea i Arsenal również zgubiły punkty. Mieliśmy jeszcze na chwilę wstąpić do sklepiku klubowego, lecz zdająca się nie kończyć kolejka przypominająca drogę w górach skutecznie nas odstraszyła. Jakby tego było mało, wokół stadionu panował niesamowity ścisk komunikacyjny, a autobusy były zapełnione do oporu, co zmusiło nas do przejścia nie małego kawałka drogi w inną część dzielnicy, by znaleźć jakiś autobus miał nas zawieźć na Queens Square. A jako że byliśmy wszyscy diablo głodni, skierowaliśmy się do restauracji, gdzie noc wcześniej zawitała część ekipy. Po zjedzonej ze smakiem obiadokolacji (dla niektórych nawet dwóch), spędzonej w wesołej atmosferze nastawionej na choćby częściową poprawę nastroi, jeszcze na chwilkę weszliśmy do Tesco by się zaopatrzyć i spotkać (przypadkiem) kibica Evertonu, który wręcz nie mógł sobie odmówić uszczypliwej uwagi nt. Formy The Reds przeciwko Fulham; załatwiając już wszystko co było do załatwienia mogliśmy udać się prosto do Embassie, by rozpocząć chyba jeszcze bardziej zakręconą noc niż poprzednio.

Co do tej nocy właśnie: warto wspomnieć, że razem z nami w świetlicy powietrze dzielili dwaj zabawni Teksańczycy (dzięki Joshowi poznałem jedno fajne powitanie) i do pewnej godziny również jeden z „gospodarzy” hostelu, fan Liverpoolu; będąc jakby w transie zdradzał Shelbiemu tajniki i udzielał cennych wskazówek do gry „Premier League Fantasy Football”. Jak sam Paweł później przyznał, pomimo szmatu czasu spędzonego na obczyźnie niewiele z tego wykładu zrozumiał.

Powrót

Brak snu tamtej nocy, spowodowany naprawdę późnym zaśnięciem i wczesną godziną pobudki można było sobie trochę odbić w samolocie. Tak było w moim przypadku, co uratowało mnie przed zanudzeniem się na śmierć dzięki gadaniu sympatycznej, acz wielce natrętnej staruszki. Myślałem, że nigdy nie usiądę na fotelu i nie zapadnę w błogi sen, ponieważ mimo sprawnej odprawy na lotnisku im. Johna Lennona widząc te wszystkie kolejki byłem pewien, że nie będzie mi to szybko dane.

Kiedy szczęśliwie wylądowaliśmy na warszawskim Okęciu, nastał przykry moment pożegnań. Jako pierwszy rozstał się z nami Wieviór, któremu odwołali lot do Trójmiasta i był zmuszony zabrać się z nami. Potem kolejno: Adam DWT, Pelcu, Angie, Błażej, Karolina, Kazik, wreszcie lfc i Duszek w podziemiach koło Centralnego. Ach, i oczywiście Witz i Shelby w Merseyside jeszcze. Z tego, czego później się dowiedziałem, to że Dawid spał tak mocno, że gdyby nie pomoc Shelby'ego, to niechybnie spóźniłby się na samolot.

Gdy pod wieczór Bartek napisał do mnie „czy jeszcze dziś rano byliśmy w Liverpoolu?” ogarnęło mnie silne poczucie pustki. Dopiero wtedy z całą mocą trafiło do mnie, że to jest już koniec. Po chwili jednak uśmiechnąłem się do siebie, pocieszając się w duchu, że jeśli jeszcze nadarzy się okazja, a to z pewnością nadejdzie, to wrócę do tych urokliwych uliczek Toxteth, do wiecznie żyjącego centrum, do Anfield. I w tym miejscu życzę z całego serca każdemu kibicowi na całym świecie, nie ważne, czy kibicuje Liverpoolowi, Manchesterowi, Barcelonie czy Juventusowi – by kiedyś mógł przeżyć to samo co my w tamten pamiętny weekend.

Nutty



Autor: Nutty
Data publikacji: 30.10.2009 (zmod. 02.07.2020)