player
 
Osób online 86

Olka (sierpień 2010)

Artykuł z cyklu Wspomnienia z Anfield


Sierpień 2010 roku. Bez wątpienia był to dla mnie miesiąc wyjątkowy. Miałam niepowtarzalną okazję spędzenia czterech tygodni w Zjednoczonym Królestwie, traktowałam to jak wyprawę życia. Najpierw obóz językowy, potem przyjazd rodziców i kilkudniowy pobyt na angielskim wybrzeżu. Jednak to, co najlepsze, zostało zachowane na sam koniec. 21 sierpnia wyruszyliśmy z nadmorskiego Herne Bay na północny-zachód. Kierunek mógł być tylko jeden. Liverpool.

Mimo iż od miasta Beatlesów dzieliło nas „tylko” 500 km, miałam wrażenie, że droga trwa całą wieczność. Z pomocą nawigacji satelitarnej odkryłam, że będziemy po drodze mijać wiele „piłkarskich” miejscowości. Rzeczywiście, Birmingham, Wolverhampton, Wallsall to tylko niektóre z nich. Coraz bardziej udzielała mi się nieco podniosła atmosfera. Wreszcie jest, welcome to Liverpool. Jakby na potwierdzenie ujrzałam trójkę dzieci w strojach The Reds. Nie była to moja pierwsza wycieczka nad Merseyside, jednak radość była taka sama jak niecały rok wcześniej, gdy wylądowałam na John Lennon Airport. Nie do opisania.

Pomimo utrudnień spowodowanych jazdą „pod prąd” Anglików, szczęśliwie udało nam się dotrzeć do hotelu w West Derby. W recepcji natknęłam się na kibica Evertonu, a koszulka meczowa oznaczała, że najprawdopodobniej dopiero co opuścił Goodison Park. Nie znałam wyniku, jednak po jego minie domyśliłam się, że nie był zadowalający. Rzeczywiście, The Toffees zremisowali tego dnia z Fulham 1-1. „Możliwe, że przejechał całą Anglię, a tu tylko remis” pomyślałam. „Nie chciałabym być na jego miejscu”. Następnego dnia okazało się, że cała czerwona część Liverpoolu wiele dałaby za bycie na miejscu owego Evertończyka.

Po dość męczącej podróży, w niedzielę udaliśmy się do centrum miasta. Liverpool One, Albert Dock, wreszcie muzeum Beatlesów. Śmiało mogę określić je jako jedno z najlepszych, w jakich kiedykolwiek byłam. Niewątpliwie jest to obowiązkowy punkt wycieczki dla każdego fana Fab Four. A nawet jeśli ktoś nim nie jest, może zmienić zdanie pod wpływem wizyty w The Beatles Story, czego znakomitym przykładem była moja mama. Po powrocie do hotelu upewniłam się, że w pobliskim pubie o uroczej nazwie Jolly Miller będzie transmitowany jutrzejszy mecz z Manchesterem City. W końcu jesteśmy w Liverpoolu!

Następnego dnia po solidnym angielskim śniadaniu (które wcale nie jest takie straszne, jak twierdzą niektórzy) pojechaliśmy wreszcie na Anfield. Shankly Gate, tablica upamiętniająca ofiary Hillsborough, Paisley Gate, pomnik Billa Shankly’ego. Niby już kiedyś tu byłam, wiedziałam czego się spodziewać, jednak znów czułam się tak samo jak wtedy, gdy ujrzałam Anfield po raz pierwszy. Zachwyt połączony z niedowierzaniem, że naprawdę tutaj jestem. Kilka minut później pod pomnikiem Shanksa zebrała się spora grupka ludzi. Powitała nas pani przewodnik o imieniu wprost idealnym dla mieszkanki Liverpoolu, zwłaszcza jej czerwonej części. „My name’s Chelsea” i w tym momencie na większości twarzy zagościł szeroki uśmiech. Przed wejściem na stadion, zadano standardowe pytanie „Czy są wśród nas kibice innych drużyn?”. Tottenham i Arsenal przeszły bez echa, ale odpowiedź kilkunastoletniego kibica Manchesteru United, którego rodzice, jak się potem okazało, to wierni Kopites, naraziło się na przyjazne buczenie pozostałych. Następnie, przez wejście dla piłkarzy, dotarliśmy do pomieszczeń, na ścianach których pełno było zdjęć The Reds unoszących przeróżne trofea. Wszyscy z uwagą słuchali przewodnika, przyglądali się fotografiom, niczym w świątyni. W tym miejscu można poczuć jak wielką wagę Liverpool FC przywiązuje do swojej historii. Potem tablica z wypisanym zdobytymi pucharami, loża dyrektorów, dawny bootroom, w którym obecnie odbywają się pomeczowe konferencje prasowe. Wreszcie szatnia. Przy poprzedniej wizycie na Anfield nie miałam możliwości tam być, ponieważ w niedzielę było to niemożliwe. Wiele o niej słyszałam, że jest mała, staromodna, lecz dopiero gdy do niej weszłam, zdałam sobie sprawę, że niemal co tydzień pisana jest tam historia LFC. Kilka obowiązkowych zdjęć i niczym piłkarze Liverpoolu przed meczem, tym samym korytarzem, doszliśmy do słynnego tunelu z napisem „This is Anfield”. Podobno, gdy Czerwoni czekają, aby wyjść na boisko, słychać stamtąd doping na trybunach. Prawie każdy chciał zrobić sobie zdjęcie, dotykając legendarnego plakatu, a ja nie byłam wyjątkiem. Przy 160 cm wzrostu, możecie wyobrazić sobie moją minę, gdy usłyszałam od przewodnika, że Benayoun i Owen byli zbyt niscy by do niego dosięgnąć. Poczekałam, aż wszyscy wyszli po schodkach na stadion, wspięłam się na palcach i jest. This is Anfield.

Chwilę później zabrzmiało You’ll Never Walk Alone, ktoś zaczął śpiewać razem z Gerrym Marsdenem, a mi zakręciła się łezka w oku. Kilka zdjęć na The Kop, wręcz sprinterskie przejście przez muzeum (w którym niestety nie pojawiło się żadne nowe trofeum), a na zakończenie zakupy w klubowym sklepie. Czas na „podróż” za miedzę. Across the Park.

Na Goodison przeżyłam spory zawód. Licząc na zwiedzanie stadionu Evertonu, podążyłam do kas. Niestety, oprócz obdarowania groźną miną, wywołaną najprawdopodobniej przez moją czerwoną koszulkę, dowiedziałam się, że wejścia na stadion możliwe są dopiero od września. Zrezygnowana udałam się na przystanek autobusowy. Przy okazji zdałam sobie sprawę, że jeśli w Stanley Park powstanie nowy „dom” Liverpoolu, od Goodison będzie dzieliła niezbyt szeroka ulica. Takie rzeczy tylko w Anglii.

Wieczorem przyszedł czas na zupełnie nowe doświadczenie. Co oczywiste, nie miałam pojęcia jak to jest, oglądać mecz Liverpoolu w pubie w Liverpoolu. Zastanawiałam się czy 16-letnia dziewczyna nie będzie się tam czuła trochę „dziwnie”. Nic z tych rzeczy. Posiadałam co prawda obstawę w postaci mojego taty, jednak byliśmy oboje miło zaskoczeni. Co prawda załapaliśmy się tylko na miejsca stojące, ale to nie miało znaczenia. Za chwilę na City of Manchester Stadium zabrzmiał pierwszy gwizdek. Przypuszczam, że gdy oglądacie mecze w domu, a poszczególnym zagraniom i strzałom towarzyszą przeróżne reakcje. „Uchhhhh”, „aaaaaa”, „Ajjjj”. Teraz wyobraźcie sobie, że tak samo meczem „żyje” cały budynek. Niezapomniane uczucie. Szkoda tylko, że The Reds nie postarali się, aby zapewnić swoim fanom trochę radości. Porażka 3-0 bolała. Mimo fatalnej gry, nikt nie wyszedł przed końcowym gwizdkiem. Jak na Anfield.

Kolejne dni upłynęły nam na dalszym poznawaniu miasta. Rejs promem na Wirrall („nic dziwnego, że Benitez kupił sobie tam dom” skomentowała urok tego półwyspu moja mama), muzea, z których jako stolica kultury w roku 2008, słynie Liverpool (a i dla kieszeni są one przyjazne ze względu na wolny wstęp), katedry, Chinatown. Muszę przyznać, że ostatnie miejsce wyglądało, jak to określił tata, jak po ataku bronią biologiczną. Totalna pustka, cisza, pozamykane restauracje. Cóż, może po prostu pojawiliśmy się tam o niewłaściwej porze.

Mecz z Trabzonsporem w Lidze Europy obejrzeliśmy w tym samym pubie i na szczęście, tym razem opuszczaliśmy go w zgoła innych nastrojach. „Przecież za trzy dni gramy na Anfield z West Bromem i nie może być takiej klapy jak wtedy, z Birmingham. Musimy wygrać!”

Wreszcie nadszedł ten dzień. Matchday. Jednocześnie ostatni w Liverpoolu. Z jednej strony cieszyłam się, ponieważ czekałam na niego tak długo, z drugiej jednak, myśl o wyjeździe powodowała, że uśmiech znikał z mojej twarzy. „Trzeba wyjechać, żeby móc potem wrócić” pocieszała mnie mama. Z tą myślą w koszulkach, odpowiednio z numerami 5 i 17, ja i tata udaliśmy się w stronę przystanku autobusowego (moja droga rodzicielka po raz kolejny uznała, że nie musi iść na mecz, a tym razem wymówką było pakowanie). Po kilkuminutowej jeździe autobusem wraz z jednym ze stewartów, dotarliśmy na Anfield. Do rozpoczęcia meczu pozostały niemal dwie godziny, ale tłum pod The Kop sprawiał wrażenie, jakby za kilka minut miał zabrzmieć pierwszy gwizdek. Nagle jeszcze bardziej tłoczno zrobiło się przy wejściu dla piłkarzy. „Przecież oni mogą za chwilę tu przyjechać!” powiedziałam. Początkowo poza dziesiątkami głów i policją konną nie widziałam zupełnie nic. Wreszcie jest, czarny autokar zatrzymał się przy wejściu, „Liverpooool, Liverpoool” śpiewają kibice. Podjęłam próbę uwiecznienia tego momentu na zdjęciu, ale z marnym skutkiem. „Powiedzmy, że tam idzie Kuyt” powiedziałam, pokazując je potem rodzicom.

„Oh I am a Liverpudlian and I come from the Spion Kop…” śpiewamy w Poor Scouser Tommy. Jest to jedna z pierwszych czerwonych piosenek, jakie poznałam, jedna z moich ulubionych. Za chwilę miałam wejść na ową The Kop. Sen się spełniał. Oglądanie meczu na Anfield to jedno, ale oglądanie go z The Kop to coś zupełnie innego, jeszcze wspanialszego. Doskonale pamiętałam, że podczas meczu z Birmingham Fields of Anfield Road czy Gerrard Song jako pierwsi zaczynali śpiewać właśnie ludzie na The Kop. Spełniło się moje kolejne marzenie.

Rozgrzewka minęła bardzo szybko, a tuż po niej miłe zaskoczenie. Podczas mojego pobytu w Liverpoolu nie miałam stałego dostępu do Internetu, a jedynym źródłem informacji były dla mnie Liverpool Echo i Sky Sports News. Stąd też wynikało moje zaskoczenie spowodowane słowami spikera: „Powitajmy nowego piłkarza Liverpoolu, który przybył do nas z Porto, Raula Meirelesa!”.

„When you walk through a storm, hold your head up high…” po tych słowach Gerry’ego Marsdena na Anfield nikt już nie siedział (może poza kibicami gości). Dorośli, dzieci, mężczyźni, kobiety, wszyscy śpiewali tak, aby usłyszano ich po drugiej stronie Stanley Park. Rzeczywiście, w tym momencie po plecach przechodzą ciarki, a w oczach pojawiają się łzy szczęścia.

Kolejne minuty meczu upływały bardzo szybko. West Brom bronił się zaciekle, a Liverpool nie stwarzał zbyt wielu sytuacji. Kibice podobnie jak nie przypuszczali, że za kilka tygodni rozpocznie się koszmar, nie zdawali sobie również sprawy, iż skazany na wieczne potępienie Lucas zostanie potem najlepszym piłkarzem sezonu. Bo jak inaczej można wytłumaczyć słowa „F***off Lucas” i „Please, be injured”, słyszane dziesiątki razy? Nawet The Kop się myli.

Rozpoczęła się druga połowa, a Liverpool tradycyjnie atakował bramkę przed Kop End. Wreszcie podanie niezawodnego Kuyta wprost do Torresa i gol! W tym momencie ma się wrażenie, że trzęsie się cały stadion. Momentalnie ludzie rozpoczęli śpiewać piosenkę na cześć Hiszpana, a gdy schodził z boiska, nagrodzili go owacją na stojąco. Jedną z ostatnich.

Końcowy gwizdek ucieszył mnie, ponieważ oznaczał zwycięstwo. Niestety dla mnie był też równoznaczny z opuszczeniem Anfield i Liverpoolu. Jeszcze ostatnie zdjęcia, ostatnie spojrzenie na stadion. Musiałam wyjechać, żeby wkrótce móc tam wrócić.

Olka



Autor: Olka
Data publikacji: 10.07.2011 (zmod. 02.07.2020)