LIV
Liverpool
Premier League
31.01.2026
21:00
NEW
Newcastle United
 
Osób online 933

Kevin Keegan - człowiek, którego znam


Wiele się zmieniło od czasów, gdy Kevin Keegan — z burzą loków po trwałej ondulacji, rozkloszowanym kołnierzem rodem z lat 70. i magią w nogach — został odprowadzony na skraj boiska, by odebrać swoją pierwszą Złotą Piłkę.

Keegan nie rozpoznał człowieka, który wręczył mu nagrodę, i do dziś — niemal 40 lat później — nie wie, kim on był.

— Nie jestem nawet pewien, czy ktoś to zapowiedział. Uścisnąłem mu dłoń, wrzuciłem statuetkę do torby i zaniosłem do domu razem z resztą gratów — wspominał. 

Sama nagroda nie miała nic wspólnego z imponującą, złotą kulą, jaką przez lata odbierali Lionel Messi czy Cristiano Ronaldo.

Keegan był na tyle uprzejmy, że pozwolił mi kiedyś wyjąć ją z gabloty z trofeami i sprawdzić jej ciężar w dłoniach. Była zaskakująco lekka — raczej jak puchar z lokalnego pubowego turnieju bilardowego — a przy potrząsaniu coś w niej grzechotało, bo w drewnianej podstawie poluzował się kawałek metalu.

Metal był odbarwiony, żółtawo-zielony, a spod tabliczki z grawerem widać było ślady kleju.

— Kiedyś ją wyceniłem i facet stwierdził, że jest warta jakieś dziesięć funtów. Wątpię, żeby Cristiano używał jej jako klinu do drzwi — mówił Keegan.


W Walentynki Kevin Keegan kończy 75 lat — a jeśli spojrzeć na to, ile osiągnął, to było to życie wypełnione po brzegi.

Zanim jednak przejdziemy do podsumowań, jest jeszcze sobotnie starcie Liverpoolu z Newcastle United na Anfield — mecz dwóch klubów, które odegrały w jego życiu kluczową rolę. Spotkanie to nieuchronnie będzie miało w tle postać „Króla Keva”, zwłaszcza po niedawnej informacji, że przechodzi leczenie onkologiczne.

Być może widzieliście transparent „Long Live King Kev The Messiah”, który niedawno pojawił się na St James’ Park — wzruszający dowód na to, że więź Keegana z kibicami Newcastle nie osłabła mimo upływu lat.


Sam Kevin zapewne nie byłby tym zaskoczony, biorąc pod uwagę swoją historię w tym klubie — najpierw jako zawodnik, który po debiutanckim golu wskoczył w trybuny Gallowgate End, a potem jako menedżer, który wyciągnął pogrążony w stagnacji zespół z drugiej ligi i poprowadził go do pamiętnej, niemal mistrzowskiej kampanii Premier League w sezonie 1995/96.

Poznałem go bliżej, gdy współpracowaliśmy przy jego autobiografii, wydanej w 2018 roku. Widok reakcji mieszkańców północno-wschodniej Anglii podczas wieczoru promocyjnego był czymś wyjątkowym.

Wyruszyliśmy razem z Manchesteru do Newcastle, a że Keegan jest Keeganem, wybrał trasę widokową. Było to niezwykle przyjemne: herbata w porcelanowych filiżankach, bułeczki z dżemem w urokliwej kawiarni na skraju Lake District. Jeśli dobrze pamiętam, trafiliśmy nawet do sklepu z zabawkami w Kirkby Lonsdale w Cumbrii. Ale dopiero po dotarciu do Newcastle jego energia naprawdę się zmieniła. Chciał oprowadzić mnie po dawnych miejscach. Oczy mu błyszczały. „Dobrze być w domu” — powiedział.

Wreszcie nadszedł moment, by wyjść na scenę — w budynku dawnego Sage, dziś Glasshouse International Centre — i stanąć przed 2 tysiącami kibiców.

— Nie znałeś prawdziwej miłości, dopóki nie widziałeś Kevina Keegana wchodzącego na scenę na Tyneside. Rozlegały się owacje, płynęły łzy, a Keegan z niedowierzaniem wypuszczał powietrze z policzków — napisał mój kolega z The Athletic, George Caulkin, na łamach The Times. 

Bez popadania w przesadny sentymentalizm — te chwile zawsze będą dla mnie szczególne. To właśnie dzięki piłkarskiej klasie Keegana mój ojciec zabrał mnie na jeden z pierwszych meczów w życiu. Southampton przyjechało wtedy na City Ground, stadion Nottingham Forest. Keegan minął Petera Shiltona i wpakował piłkę do siatki tuż przed trybuną, na której stałem.


Mówią: „Nigdy nie spotykaj swoich bohaterów”. Ale to powiedzenie nie miało zastosowania w ciągu tych tygodni i miesięcy, gdy siedzieliśmy godzinami w jego salonie, z włączonym dyktafonem, wspominając pół wieku futbolu. Jego żona, Jean, nieustannie donosiła gorące tosty z masłem, kanapki z bekonem i kolejne kubki herbaty.

Kevin był znakomitym rozmówcą. Często pracowaliśmy w długich, podwójnych sesjach, a gdy przychodził czas kończyć, niemal zawsze prowadził mnie w stronę swojej piwniczki z winami.

— Co pije twój tata? — pytał.

— Czerwone czy białe? Weź mu butelkę. Pokusa, by sięgnąć po jedną z nierozpakowanych butelek szampana „menedżera miesiąca”, była — jak łatwo się domyślić — ogromna.

Były to szczęśliwe chwile i kiedy opuszczaliśmy tamtego wieczoru Newcastle, jedna wypowiedź Keegana szczególnie zapadła mi w pamięć. Była inna — może nawet zaskakująca — na tle tego, jak wielu piłkarzy i byłych piłkarzy postrzega własną sławę oraz swoje miejsce w przestrzeni publicznej.

Kolejka po autografy była tej nocy wręcz onieśmielająca. Keegan zszedł ze sceny dopiero po godzinie 23.00, a końca węża ludzi wijącego się po całym budynku nie było widać. Setki osób. A jednak Kevin dopilnował, by nikt nie wyszedł zawiedziony. Każdy dostał zdjęcie, krótką rozmowę, prawdziwe przywitanie — a jeśli ktoś poprosił, również uścisk. Chciał znać ich imiona, wiedzieć, skąd przyjechali, z kim przyszli.

Niejednokrotnie brał czyjś telefon i dzwonił do babci, mamy, taty, żony, męża albo po prostu do kolegi czy koleżanki, którym nie udało się zdobyć biletu.

— No dobrze. Mam tu kogoś, kto pomyślał, że może ucieszy cię szybkie „cześć” — mówił, machając do kamery. 

Oczywiście nigdy nie było to „szybkie”. I ani przez moment nie sprawiał wrażenia, że myśli o tym, iż następnego dnia czeka go sesja autografów w Liverpoolu. Obserwowanie jego umiejętności w pracy z ludźmi było czymś wyjątkowym. Wyjechaliśmy dopiero nad ranem, a jego wyjaśnienie, usłyszane w drodze powrotnej, zostało ze mną na długo.

— Jeśli poświęcisz komuś dziesięć sekund, zostanie mu tylko autograf na kartce — powiedział.

— Jeśli porozmawiasz chwilę, naprawdę go wysłuchasz, zabierze ze sobą wspomnienie na całe życie. Tak właśnie chcę to robić. Ile to potrwa, nie ma dla mnie znaczenia.

Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że Kevin i jego rodzina od 25 lat mieszkają w Manchesterze.

Osiedlili się tu w czasie, gdy był menedżerem Manchesteru City (2001–2005), co — biorąc pod uwagę jego epickie pojedynki z Manchesterem United w czasach walki Newcastle o mistrzostwo w sezonie 1995/96 — bywa źródłem zabawnych sytuacji.

Widziałem to na własne oczy.

— Love it! — krzyczą do niego ludzie z chodnika albo z przejeżdżających samochodów. Słyszy to bez przerwy, raz nawet w banku i można by pomyśleć, że taki żart po latach przestaje bawić. Być może gdzieś w środku tak właśnie jest. Nigdy jednak tego nie okazuje i już dawno zrozumiał, że prostowanie największego mitu związanego z jego słynnym wybuchem w Sky Sports nie ma sensu.

Mit? Tak — dokładnie mit.

Wszyscy pamiętają emocjonalne słowa Keegana, wygłaszane z wycelowanym palcem, gdy na żywo odpowiadał na zaczepki Sir Alexa Fergusona. Wielu potrafi przytoczyć je niemal słowo w słowo:

— Powiem wam i możecie mu to przekazać, jeśli ogląda — my wciąż walczymy o tytuł, a on musi pojechać do Middlesbrough i coś tam ugrać. I mówię wam szczerze: będę to uwielbiał, jeśli ich pokonamy. Uwielbiał!

Telewizyjne złoto — bez wątpienia. Ale bez względu na to, jak często ta historia jest opowiadana na nowo, niewiele ma wspólnego z popularną wersją wydarzeń, według której słowa Keegana przestraszyły jego piłkarzy, sparaliżowały ich nerwy i doprowadziły do ostatecznego załamania.

W rzeczywistości Newcastle roztrwoniło przewagę dużo wcześniej. 21 stycznia, po rozegraniu 23 z 38 spotkań, „Sroki” miały 12 punktów zapasu. W momencie słynnej wypowiedzi do rozegrania pozostawała już tylko jedna pełna kolejka, a Newcastle traciło do Manchesteru United trzy punkty. Szkody zostały wyrządzone wcześniej.

Skoro obalamy mity, warto wspomnieć jeszcze o jednym. Keegan zawsze z lekkim zdumieniem przyjmował fakt, że w zbiorowej pamięci każdy mecz Newcastle z tamtych lat jawi się jako festiwal goli. Cztery do trzech, tydzień w tydzień. Owszem, jego zespoły miały obowiązek grać widowiskowo. Ale wiecie, ile razy w całym okresie jego pracy w Newcastle padł wynik 4:3? Dwa.

Podobnie rzecz ma się z opinią, że jego drużyna była kompletnie bezradna w defensywie. To kolejny mit, który urósł bez solidnych podstaw. W rzeczywistości wicemistrzowie z tamtego sezonu — słynni „Entertainers” — stracili tylko dwa gole więcej niż mistrzowie Anglii, a do ostatniego tygodnia rozgrywek kolumny „bramki stracone” były identyczne.


— Chciałbym mieć funta za każdym razem, gdy ktoś podchodzi do mnie, wspominając siedmiobramkowy thriller na Anfield rok później — uśmiecha się Keegan.

— Przywykłem do tego, ale muszę wtedy zaznaczyć, że mnie już tam nie było. W wyjazdowej ławce siedział Kenny Dalglish, nie ja.

To chyba komplement, że jego zespoły zapisały się w pamięci jako pełne radości i fantazji. Szkoda tylko, że krótki i trudny okres pracy z reprezentacją Anglii na zawsze odcisnął piętno na tym, jak postrzega się go jako trenera.

Ten czas — jak sam przyznaje — był jednym z nielicznych momentów w jego zawodowym życiu, gdy czuł się całkowicie nie na miejscu. Poza tym jednak awanse, które w efektownym stylu wywalczył z Newcastle, Manchesterem City i Fulham, dowodzą, że był znacznie lepszym szkoleniowcem i motywatorem, niż wielu dziś pamięta.

Jeśli do tego dodać jego osiągnięcia piłkarskie — mistrzostwa ligowe i europejskie finały z Liverpoolem oraz Hamburgiem — łatwo zrozumieć falę sympatii wobec chłopaka z Doncaster, który dotarł na sam szczyt dzięki uporowi i ciężkiej pracy.

Nie zapominajmy, że zanim dostał swoją szansę w Scunthorpe United, grał w drużynie pubowej i pracował w lokalnej fabryce — Pegler Brassworks — trenując na boisku rugby z bramkami o niewłaściwych wymiarach.


Czterdzieści lat po zakończeniu kariery Keegan pozostaje jedynym Anglikiem, który dwukrotnie został uznany najlepszym piłkarzem świata. Co więcej, przy innym systemie punktowania mógłby dziś dzielić rekord trzech Złotych Piłek z Johanem Cruyffem i Michelem Platinim.

Pierwszą zdobył w 1978 roku, jako „Machtig Maus” — „Potężna Myszka” — grając w barwach Hamburga. Drugą rok później, dokładając ją do medalu mistrza Bundesligi. Warto jednak przypomnieć, co wydarzyło się po sezonie 1976/77, jego ostatnim w Liverpoolu. Wówczas aż 11 z 25 krajów głosujących umieściło go na pierwszym miejscu. Allan Simonsen z Borussii Mönchengladbach otrzymał o cztery takie głosy mniej. Nagroda trafiła jednak do Duńczyka, bo miał siedem drugich miejsc — Keegan tylko trzy — oraz dodatkowe punkty za trzykrotne wskazanie na trzeciej pozycji.

Nigdy nie odniosłem wrażenia, by Keegan szczególnie się tym przejmował. Zawsze bardziej cenił sukcesy drużynowe — inne czasy, inna mentalność — i niemal z nabożnym podziwem wymieniał nazwiska wygrawerowane na tej grzechoczącej Złotej Piłce: George Best, Bobby Charlton, Franz Beckenbauer, Eusébio, Stanley Matthews, Gerd Müller… próbując odnaleźć swoje miejsce w panteonie wielkich.

Twierdził, że był najmniej utalentowanym piłkarzem na tej liście.

— Nie sunąłem po boisku jak Cruyff, nie miałem gracji Pele ani dryblingu Maradony. George Best miał rację — nie byłem godzien wiązać mu butów. Nawet w Scunthorpe marzyłem o technice i talencie niektórych kolegów z drużyny.

— Ale może oni nie mieli mojej odwagi, poświęcenia i piłkarskiej inteligencji. Byłem kundelkiem, który dotarł na wystawę Crufts i to mi w zupełności wystarczało.

Daniel Taylor

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (0)

Pozostałe aktualności