Kevin Keegan - historia niezwykłego mistrza
To był prezent od jego żony, Jean. Pomagałem Kevinowi Keeganowi pisać autobiografię, spędzając z nim długie godziny przy włączonym dyktafonie, podczas których wracaliśmy do wspomnień z ponad pół wieku życia w futbolu.
Zazwyczaj prezenty dostawałem od samego Kevina. Nieraz rozmawialiśmy aż do zmroku, a gdy przychodził czas kończyć spotkanie, niemal zawsze prowadził mnie do swojej piwniczki z winami.
- Co pija twój tata? - pytał, choć nigdy w życiu go nie poznał. - Czerwone czy białe? Weź mu butelkę i przekaż ode mnie pozdrowienia.
Pewnego dnia jednak, gdy wsiadałem już do samochodu, by wrócić do domu, to Jean wręczyła mi drobny upominek. Był to brelok z wygrawerowanym napisem ‘Protected by Angels’ (‘Chroniony przez anioły’). Wyjaśniła, że chce, abym go miał, ponieważ wierzy w anioły i pragnie, by czuwały nad moją rodziną.
Wielokrotnie spoglądałem na ten brelok i przypominałem sobie jej życzliwość przez sześć miesięcy, które minęły od chwili, gdy u Kevina zdiagnozowano nowotwór.
- Jeśli ktoś ma skopać temu tyłek, to właśnie ty - napisałem mu jakiś czas temu. Choroba jednak postępowała i choć jeszcze zaledwie dwa tygodnie temu nadal pracował, było już tylko kwestią czasu, co się wydarzy.
Jego śmierć w wieku 75 lat poruszy wielu ludzi, jeśli weźmie się pod uwagę wszystko, czego dokonał. Najpierw jako gwiazda światowego futbolu - z charakterystyczną trwałą ondulacją, szerokim kołnierzem rodem z lat 70. i czarującą techniką - a później podczas długiej, często znakomitej kariery trenerskiej.
Wybaczycie mi jednak, jeśli napiszę ten tekst z nieco innej perspektywy. Łączyła nas bowiem przyjaźń, która narodziła się podczas pracy nad jego autobiografią, wydaną w 2018 roku. Kevin chciał, aby była ona ‘ostateczną kropką’ zamykającą jego karierę.
Kevin był znakomitym gawędziarzem. Pewnego dnia pozwolił mi nawet wyjąć ze swojej gabloty Złotą Piłkę - a właściwie jedną z nich - żebym mógł przekonać się, ile waży.
Powiedzmy tylko, że miała niewiele wspólnego z ogromnym, pozłacanym trofeum, które w kolejnych latach tak często odbierali Lionel Messi i Cristiano Ronaldo. W rzeczywistości bardziej przypominała nagrodę, jaką można wygrać w lokalnym pubowym turnieju bilardowym. Metal był już odbarwiony, przybrał żółtawo-zielony odcień, a przy tabliczce z grawerem było widać ślady kleju. Co więcej, grzechotała, bo wewnątrz drewnianej podstawy obluzował się kawałek metalu.
- Kiedyś kazałem ją wycenić i usłyszałem, że jest warta jakieś dziesięć funtów - opowiadał Kevin, który zawsze potrafił śmiać się z samego siebie. - Wątpię, żeby Cristiano użył jej choćby jako stopera do drzwi.
Łatwo było czasem zapomnieć, że ten syn górnika z South Yorkshire pozostaje jedynym Anglikiem w historii, który dwukrotnie zdobył Złotą Piłkę. Przede wszystkim dlatego, że sam nigdy o sobie w ten sposób nie mówił.
A przecież mówimy o prawdziwej piłkarskiej wielkości, jeśli doda się do tego trofea zdobyte z Liverpoolem, jego rolę w uczynieniu Hamburga mistrzem Niemiec oraz znakomitą grę po powrocie do Anglii - najpierw w Southampton, a później jako niemal półbóg w Newcastle United.
Być może widzieliście w ubiegłym sezonie na St James’ Park transparent z napisem ‘Long Live King Kev The Messiah’ (‘Niech żyje Król Kev, Mesjasz’). Było to wzruszające przypomnienie ze strony kibiców Newcastle, że więź Keegana z mieszkańcami Tyneside nigdy nie osłabła, mimo upływu lat i jego długiej nieobecności.
Podejrzewam, że sam Kevin nie byłby tym zaskoczony, biorąc pod uwagę wszystko, co przeżył w Newcastle - najpierw jako piłkarz, gdy po swoim debiutanckim golu wskoczył na trybunę Gallowgate End, by świętować z kibicami, a później jako menedżer, który wyciągnął pogrążony w marazmie klub z głębin dawnej Second Division i poprowadził go do pamiętnej walki o mistrzostwo Anglii w sezonie 1995/96.
To była prawdziwa historia miłosna. Tym bardziej wyjątkowym doświadczeniem było towarzyszenie mu podczas wizyty w Newcastle, gdy z bliska mogłem zobaczyć reakcję Geordies na wieczór promujący jego autobiografię.
Ruszyliśmy razem samochodem na północny wschód Anglii, a Keegan, będąc sobą, uparł się, że pojedziemy malowniczą trasą.
To była świetna podróż. Piliśmy herbatę z porcelanowej zastawy i zajadaliśmy scones z dżemem w uroczej wiejskiej kawiarni na obrzeżach Lake District. Jeśli dobrze pamiętam, trafiliśmy też do sklepu z zabawkami w Kirkby Lonsdale, gdzie szukał prezentów dla swoich wnuków. Dopiero jednak po przyjeździe do Newcastle naprawdę się ożywił. Chciał pokazać mi swoje dawne miejsca. Oczy mu błyszczały. Miło było wrócić do domu - powiedział.
W końcu nadszedł moment, by wyjść zza kulis obiektu znanego kiedyś jako The Sage, dziś funkcjonującego pod nazwą Glasshouse International Centre, i stanąć przed dwutysięczną publicznością.
- Nie wiecie, czym jest prawdziwa miłość, dopóki nie zobaczycie Kevina Keegana wychodzącego na scenę w Tyneside - napisał później George Caulkin, dziś mój kolega z The Athletic, w The Times. - Rozlegały się owacje, płynęły łzy, a Keegan z niedowierzaniem nadymał policzki.
Nie chcę popadać w przesadny sentymentalizm, ale te chwile na zawsze pozostaną w mojej pamięci. To właśnie dzięki geniuszowi Keegana na boisku mój tata zabrał mnie na jeden z pierwszych meczów w życiu. Southampton było wtedy gościem na City Ground, stadionie Nottingham Forest, a Keegan minął bramkarza Petera Shiltona i skierował piłkę do siatki dokładnie przed trybuną, na której stałem.
Mówią, żeby nigdy nie poznawać swoich idoli, ale w przypadku KK to powiedzenie zupełnie się nie sprawdziło. Teatr w Newcastle był wypełniony po brzegi, a gdy wyjeżdżaliśmy stamtąd późno w nocy, powiedział coś, co do dziś utkwiło mi w pamięci. Pokazało to, jak bardzo różnił się od wielu innych piłkarzy i byłych piłkarzy w podejściu do własnej sławy i miejsca w życiu publicznym.
Kolejka po autografy była tamtego wieczoru wręcz niewiarygodna, zwłaszcza że ze sceny zszedł dopiero po 23:00. Nie było widać jej końca. Setki ludzi wiły się przez cały budynek. A jednak człowiek, którego przyszli uwielbiać, dopilnował, by nikt nie poczuł się pominięty. Każdy dostał zdjęcie, mógł się przedstawić, zamienić z nim kilka słów, a jeśli ktoś o to poprosił, Kevin z uśmiechem przytulał swoich fanów. Chciał znać ich imiona, wiedzieć, skąd przyjechali i z kim przyszli.
Niejednokrotnie brał od kogoś telefon i dzwonił do babci lub dziadka, mamy albo taty, żony czy męża, a czasem po prostu do kolegi lub koleżanki, którym nie udało się zdobyć biletu.
- No dobrze - mówił wtedy, machając do kamery. - Mam tu kogoś, kto pomyślał, że miło byłoby się z tobą na chwilę przywitać.
Oczywiście nigdy nie kończyło się to szybko. I ani przez chwilę nie wydawało się, by Kevin przejmował się tym, że następnego dnia w porze lunchu czekało go kolejne spotkanie z kibicami w Liverpoolu. To jednak było wspaniałe, a wręcz inspirujące, obserwować jego niezwykłe podejście do ludzi. Wyjechaliśmy dopiero o 1:30 w nocy, a podczas drogi powrotnej powiedział coś, co zostało ze mną na zawsze.
- Jeśli poświęcisz ludziom tylko 10 sekund, zostanie im jedynie twój autograf na kartce papieru. Ale jeśli naprawdę z nimi porozmawiasz, zabiorą ze sobą wspomnienie na całe życie. Ja właśnie tak chcę, żeby to wyglądało. Nieważne, ile to zajmie - dla mnie nie ma to znaczenia.
Wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, że Kevin i Jean, otoczeni kochającą rodziną, przez ostatnie 25 lat mieszkali w Manchesterze.
Osiedlili się tam w czasach, gdy Kevin prowadził Manchester City. Nietrudno się domyślić, że czasem prowadziło to do zabawnych sytuacji, zwłaszcza jeśli pamiętało się jego legendarne pojedynki z sąsiadami z Manchesteru United, kiedy bezskutecznie próbował doprowadzić Newcastle do mistrzostwa Anglii w sezonie 1995/96.
Większość naszych rozmów odbywała się w jego salonie, podczas gdy Jean bez końca przynosiła gorące tosty z masłem, kanapki z bekonem i kolejne kubki herbaty.
Czasami jednak wybieraliśmy się do jednej z pobliskich kawiarni i nieraz zdarzało się, że z drugiej strony ulicy albo z przejeżdżającego samochodu ktoś krzyczał ‘Będę zachwycony’.
Słyszał to nieustannie. Nawet w banku. Można by pomyśleć, że po pewnym czasie taki żart zacznie go irytować. Być może gdzieś w głębi duszy rzeczywiście tak było. Nigdy jednak tego nie okazywał, bo zrozumiał, że nie ma sensu prostować największego mitu związanego z jego słynną wypowiedzią dla Sky Sports.
Mitu? Tak, właśnie mitu.
Każdy pamięta jego pełną emocji wypowiedź, gdy, wymachując palcem dla podkreślenia swoich słów, odpowiedział na prowokacje sir Aleksa Fergusona podczas programu na żywo. Wielu potrafi ją zacytować niemal słowo w słowo.
- Powiem wam jedno - i możecie mu to przekazać, jeśli to ogląda - my wciąż walczymy o mistrzostwo. A oni muszą jeszcze pojechać do Middlesbrough i coś tam ugrać. I mówię wam szczerze: będę zachwycony, jeśli ich pokonamy. Będę zachwycony!
Telewizyjne złoto? Bez dwóch zdań.
Jednak bez względu na to, ile razy ta historia jest opowiadana na nowo, niewiele wspólnego z prawdą ma popularna wersja wydarzeń, według której jego słowa udzieliły się piłkarzom Newcastle, podcięły im skrzydła, zamieniły ich w kłębek nerwów i doprowadziły do spektakularnego załamania w walce o tytuł.
W rzeczywistości Newcastle roztrwoniło przewagę na długo przed tą wypowiedzią. Jeszcze 21 stycznia tamtego sezonu zespół miał 12 punktów przewagi nad rywalami.
Kiedy uderzył w Fergusona swoimi słynnymi słowami, do końca sezonu pozostała już tylko jedna pełna kolejka ligowa, a Newcastle traciło do Manchesteru United trzy punkty. Losy mistrzostwa były praktycznie przesądzone.
Podobnie było z opinią, że jego zespół był kompletnie beznadziejny w defensywie. To kolejny mit, który z czasem urósł do ogromnych rozmiarów, mimo że niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. W sezonie 1995/96 Newcastle, znane jako The Entertainers, straciło zaledwie dwa gole więcej od mistrzowskiego Manchesteru United, a jeszcze przed ostatnim tygodniem rozgrywek oba zespoły miały identyczny bilans straconych bramek.
Można uznać za komplement fakt, że drużyny Keegana do dziś kojarzą się przede wszystkim z widowiskową i ofensywną grą. Szkoda jedynie, że jego kadencja w roli selekcjonera reprezentacji Anglii na zawsze odcisnęła piętno na tym, jak wielu ludzi postrzega go jako menedżera.
Sam przyznawał, że był to jeden z nielicznych okresów w jego zawodowym życiu, kiedy czuł się całkowicie niekompetentny. Poza tym epizodem osiągnięcia Keegana mówią jednak same za siebie. Wywalczone awanse z Newcastle United, Manchesterem City i Fulham pokazują, że był znacznie lepszym trenerem i motywatorem, niż wielu ludzi jest dziś skłonnych przyznać.
Jeśli doda się do tego jego sukcesy jako piłkarza - mistrzostwa Anglii i Niemiec oraz występy w finałach europejskich pucharów z Liverpoolem i Hamburgiem - łatwo zrozumieć, dlaczego pojawiło się tyle ciepłych wspomnień o chłopaku z Doncaster, który dzięki wytrwałości i ciężkiej pracy wspiął się na sam szczyt futbolu.
Nie zapominajmy, że jako nastolatek Keegan grał w drużynie pubowej i pracował w lokalnej fabryce wyrobów mosiężnych Pegler Brassworks, zanim dostał swoją pierwszą szansę w Scunthorpe United, gdzie trenował na boisku do rugby z bramkami o niewłaściwych wymiarach.
Cztery dekady po zakończeniu kariery jego dziedzictwo pozostaje wyjątkowe - wciąż jest jedynym Anglikiem, który dwukrotnie zdobył Złotą Piłkę, nagrodę przyznawaną najlepszemu piłkarzowi świata. Co więcej, przy innym systemie głosowania mógłby mieć na koncie nawet trzy takie wyróżnienia i zrównać się z Johanem Cruyffem oraz Michelem Platinim.
Pierwszą Złotą Piłkę zdobył w 1978 roku jako gwiazda Hamburga, gdzie zyskał przydomek Machtig Maus (‘Potężna Mysz’). Drugą otrzymał rok później, już jako mistrz Niemiec z Bundesligi.
Warto jednak przypomnieć, co wydarzyło się w jego ostatnim sezonie w Liverpoolu, 1976/77. Aż 11 z 25 krajów biorących udział w głosowaniu umieściło Keegana na pierwszym miejscu. Allan Simonsen z Borussii Mönchengladbach otrzymał o cztery takie głosy mniej. Mimo to nagrodę zdobył Duńczyk, ponieważ siedmiokrotnie był wybierany na drugie miejsce, podczas gdy Keegan tylko trzy razy. Dodatkowe punkty przyniosły Simonsenowi również trzy trzecie miejsca.
Nigdy nie odniosłem wrażenia, że Kevin szczególnie się tym przejmował. Zawsze powtarzał, że znacznie większą wagę przywiązuje do sukcesów drużynowych - takie były wtedy czasy - i nigdy nie brzmiało to jak fałszywa skromność. Z prawdziwym podziwem mówił o innych zdobywcach Złotej Piłki - George'u Beście, Bobbym Charltonie, Franzu Beckenbauerze, Eusébio, Stanleyu Matthewsie, Gerdzie Müllerze i wielu innych - zastanawiając się, jakie miejsce zajmuje wśród największych legend futbolu.
Sam twierdził, że był najmniej utalentowanym piłkarzem z całego tego grona.
- Nie poruszałem się z taką lekkością jak Cruyff. Nigdy nie miałem elegancji Pelégo ani dryblingu Diego Maradony - powiedział mi kiedyś, siedząc przy maślanej bułeczce do herbaty.
- George Best miał rację: nie byłem godzien wiązać mu korków. Nawet w Scunthorpe zazdrościłem niektórym kolegom z drużyny ich techniki i panowania nad piłką. Jednak być może oni nie mieli mojej odwagi, determinacji ani piłkarskiej inteligencji. Byłem kundelkiem, który dostał się na Crufts, i zupełnie mi to odpowiadało.
Daniel Taylor

Komentarze (2)