player
 
Osób online 85

Daga i Vielinka (lipiec 2005)

Artykuł z cyklu Wspomnienia z Anfield


Na początku był chaos

Na początku był chaos... Następnie na świat przyszłyśmy my, a potem nam już zleciało... do 2005 roku. Nie przypuszczałyśmy, że przyniesie on nam aż tyle - najpierw Stambuł, potem nieoczekiwany wyjazd naszej przyjaciółki... Wyjechała wraz z rodzicami na stałe do Anglii. Żegnając się z nią mówiła: "Wiecie, że do mnie przyjeżdżacie?". Zapewniałyśmy ją, że tak, choć nie byłyśmy do końca o tym przekonane. Żarty żartami, ale nagle z września zrobił się styczeń, a potem luty i faktycznie znalazłyśmy się w biurze turystycznym zamawiając bilety na (jak dotąd) podróż naszego życia. Wtedy nie myślałyśmy o odwiedzeniu Liverpoolu. Z góry wydawało nam się to trudne do zrealizowania. Nasza Kasia mieszka niedaleko Londynu, odległość między High Wycombe a Liverpoolem nie jest mała. Wiele razy mówiłyśmy o tym, że bardzo chciałybyśmy jechać na Anfield i wyobrażałyśmy sobie jak tam może być i jak się człowiek czuje przekraczając sławne "bramy do niebios Anfield". Podzieliłyśmy się naszymi myślami z Kasią, która powiedziała, że bardzo chętnie nas tam zabierze, tylko, że będzie to się wiązało z dodatkowymi kosztami związanymi z dojazdem. Wiele razy mówiła nam o wysokich cenach za transport i o czasie, który spędza się w autobusach czy pociągach (do Liverpoolu wychodzi jakieś 4 godziny jazdy pociągiem z przesiadką w jedną stronę lub 1,5 godziny samolotem). Przemyślałyśmy sprawę i uśmiechnęłyśmy się szeroko do naszych rodziców licząc na ich przychylne zdanie. Przekonywałyśmy ich mówiąc, że taka szansa może się już nie powtórzyć i że szkoda by było tej wizyty w Anglii nie wykorzystać. Sprawa przycichła. Miałyśmy wiele na głowie, stwierdziłyśmy, że do lipca jeszcze jest dużo czasu i że będziemy martwić się o to później. Rodzice musieli to przemyśleć, wziąć pod uwagę wszystkie 'za' i 'przeciw', choć w naszym mniemaniu nie było się nad czym zastanawiać. I tak się przeciągnęło, aż do czerwca - wyjazd coraz bliżej no i te mistrzostwa!

Mam bilety i ani słowa

Niecierpliwie odliczałyśmy dni do Mundialu. Pewnego dnia, a było to błogosławionego 20 czerwca, Vielinka stojąc ze mną na przystanku mówi, że dostała od Kaśki smsa: "Mam bilety. Ani słowa. Wyjazd 17-tego. O 7:14. Cieszta się teraz i bawta, ja się idę uczyć.". Trudno opisać naszą niepohamowaną radość, która mieszała się z ogromnym zaskoczeniem i niedowierzaniem. Bowiem na trzy tygodnie przed wyjazdem, dowiadujemy się, iż jedno z naszych marzeń, wyjazd do swoistej "Mekki" jest już pewny! Kasia nie interesuje się piłką nożna, dlatego powinnyśmy dać jej medal za odwagę, że chciała nas tam zabrać. Nagle Mundial stracił na znaczeniu. Martwiłyśmy się jedynie, żeby piłkarze powracali do Liverpoolu przed 17 lipca.

Lekka panika

Po najważniejszej niedzieli roku przyszedł czas na pakowanie. Lekka panika, ale jakoś poszło. Do Londynu przyleciałyśmy we środę, 12.07. Do tego czasu zdążyłyśmy przejechać pół Anglii w sensie dosłownym i przenośnym - zwiedziłyśmy Londyn, w tym byłyśmy pod stadionami Arsenalu - Emirates Stadium i Highbury (oba były zamknięte dla zwiedzających z racji prac budowlanych na Emirates i porządkowych na Highbury), Stonehenge, a także Aylesbury i Dunstable. W niedzielę wieczór... Pomińmy niedzielę wieczór! Wyjazd zaplanowany był ma poniedziałek.

Śniadanie i nerwosol

Kasia i Vielinka Nadszedł ten upragniony dzień, 17 lipca. Pobudka 5 rano. Łazienka. Śniadanie. Nerwosol... i mocna kawa, bo ledwo się trzymałyśmy na nogach (seans "Gola" zrobił swoje...). Na dworcu byłyśmy punktualnie. Wyczekując na pociąg do Birmingham, rozglądałyśmy się po peronie. Po widokach różnych "ciach" w Londynie zastanawiałyśmy się, czy w Liverpoolu też jakieś spotkamy. Korzystając z okazji, że nikt nas nie rozumie, zaczęłyśmy mówić o jednym chłopaku, który siedział na ławce za nami. Kasiek zaczęła, że koleś niebrzydki, ale ma duży nos, na co Vielinka odparła, że ma za dużo żelu na głowie. Nagle owy koleś wstaje z ławki, podchodzi do nas i pyta się po polsku gdzie się wybieramy. Co za niefart! <ściana>. Kasiek mówi, że do Liverpoolu, na co burak popatrzył na nas z politowaniem, po czym z powrotem usiadł na ławce, pogrążając się w lekturze pewnego angielskiego brukowca, który powinien być kibicom LFC dobrze znany. W końcu na stację przyjechał pociąg do Birmingham, który jechał na stację Moor Street, gdzie miałyśmy przesiadkę bezpośrednio na Liverpool Lime Street (Nasze pociągi i te w Anglii dzielą lata świetlne!). Po 4 nurzących godzinach spędzonych w pociągu w końcu dotarłyśmy na miejsce. Vielinka zatracała się w myśleniu nad wątpliwym urokiem stacji na Lime Street.

5 pounds

Daga i Vielinka przy Paisley Gateway Z daleka Liverpool przypomina typowo robotnicze miasto. Na szczęście okazało się w dechę. Wyszłyśmy ze stacji uzbrojone w ulotki dotyczące stadionu, doków św. Alberta i muzeum Beatlesów w poszukiwaniu taksówek. Daga zapytała się grzecznie kierowcy ile bierze za kurs na Anfield i wtedy usłyszała jedno niekończące się słowo z którego wyłapała tylko "5 pounds". Najpierw kierowałyśmy się na stadion, idąc za radą koleżanki Ewy, która ostatnim razem pocałowała klamkę. Po drodze podziwiałyśmy miasto - co chwila mijałyśmy znaki, które wskazywały drogę do dzielnic Huyton i Evertonu. Kierowca wysadził nas pod stadionem. I wreszcie go ujrzałyśmy. Wielki, ceglany budynek, który do tej pory znałyśmy jedynie ze zdjęć. Nie wiedziałyśmy na co patrzeć najpierw, na pomnik Shankley'a, ogromny napis na ścianie "THE KOP" czy na kosze Carlsberga w kształcie puszek po piwie. Zachwycałyśmy się każdym szczegółem, którego nie pokazuje się na zdjęciach i w telewizji. Daga, na wszelki wypadek, spytała kierowcy jak daleko stąd jest Melwood, gdyż tam także chciałyśmy się udać. Od razu poszłyśmy do recepcji, aby wykupić bilety do muzeum i na stadion.

Road to Istanbul czyli muzeum

Okazało się, że do muzeum można wejść bez problemu, ale na stadion już nie. Oprowadzanie jest co godzinę i że bilety trzeba rezerwować, bo jednorazowo na stadion może wejść jedynie pięćdziesiąt osób. Bilety były zarezerwowane do końca lipca. Nie myślałyśmy wtedy o tym, że nie wejdziemy na stadion, tylko co zrobić, żeby tam wejść. Chciałyśmy tam zobaczyć dosłownie wszystko! Nie wiedziałyśmy od czego zacząć: od bram, pomnika, sklepu czy muzeum. Postanowiłyśmy najpierw pójść do muzeum, a potem martwić się co dalej. Na ścianie, przy schodach wiodących na górę jest pamiątkowa mozaika poświęcona pamięci ofiar Hillsborough. Na korytarzu, na ścianach są ogromne zdjęcia z finału w Stambule: zawodnicy LFC z pucharem, Steven z Benitezem, Jamie, Milan z pucharem na głowie...Do muzeum wchodzi się, jak na stadion, przez wąskie bramki. I wtedy naszym oczom ukazała się, w całej okazałości historia Liverpoolu. Nie sposób zliczyć trofeów, poprzednich koszulek, zdjęć i innych pamiątek. W muzeum mieszczą się jakby dwie sale kinowe: w jednej z nich jest wyświetlany materiał o Liverpoolu, o jego historii i największych sukcesach, a w drugiej, przypominającej kaplicę, film "One night in may". Na drzwiach można zobaczyć plakat filmowy "Road to Istanbul", gdzie główne role zagrali Vladimir Smicer, Xabi Alonso i Steven Gerrard. Zaraz obok stoi ogromna gablota, w której mieszczą się Puchary Europy. Ten ostatni, z 2005 roku stoi osobno, tak aby można było bez problemu robić sobie z nim zdjęcia. Puchar Europy Jak się ktoś dobrze przyjrzy, to można zobaczyć na nim małe wgniecenia i ślady palców. Tylko nie wiemy, czy to palce turystów, czy naszych bohaterów! W innej gablocie są różne pamiątki, typu bilety, autografy i proporczyki ze Stambułu. Na samym końcu stoi Puchar Anglii z 2006 roku. A pod nim napis "3-3! Extra time! Penalties! Never again... Oh well, ok then. Thank you to West Ham for the best supporters ever." Musimy przyznać, że prezentuje się znakomicie! Z resztą, nie tylko ten jeden.

3-3! Extra time! Penalties! Never again... Oh well, ok then. Thank you to West Ham for the best supporters ever. Chodząc po muzeum spotkałyśmy jedną z osób pracujących na dole w recepcji. Spytałyśmy się, czy jest jakaś szansa na wejście na stadion. Jak się potem okazało, Claire, powiedziała nam, że nie ma jak, bo wszystko jest zarezerwowane. Mówiła też o ewentualnej liście oczekujących - jeśli ktoś się nie zjawi, to wtedy my możemy wejść na ich miejsce, ale taka możliwość jest znikoma. Wyszłyśmy z muzeum niepocieszone, zeszłyśmy do recepcji ponownie pytając się, czy nie ma możliwości wejścia na stadion. Pracownicy wydali się kompletnie niewzruszeni faktem, iż przebyłyśmy do Liverpoolu tak długą drogę, byłyśmy zmęczone i bądź, co bądź, wydałyśmy mnóstwo kasy na to, żeby tam dotrzeć. Oprawili nas z kwitkiem. Nie dałyśmy za wygraną! Nie mogłyśmy się pogodzić z tym, że nigdzie nie pójdziemy. Nie mamy w zwyczaju przeklinać na co dzień, ale tym razem rzucałyśmy mięsem na prawo i lewo, na szczęście nikt nas nie rozumiał. Puściły nam wtedy nerwy w pełnym tego słowa znaczeniu.

Wycieraczka do butów

Pragnąc za wszelką cenę poprawić sobie humor i nie dopuścić do tego, żeby ten wyjazd okazał się niewypałem, postanowiłyśmy pójść na zakupy do "Club Store" i kupić sobie upragnione, piłkarskie koszulki. W sklepie było dosłownie wszystko, począwszy od zdjęć, oprawionych i nie oprawionych, szalików gładkich i pasiastych, przez podkładki pod myszki, stroje kąpielowe, płyty dvd, po rzeczy zupełnie absurdalne, ręczniki kąpielowe ze zdjęciem chłopaków z pucharem, po wycieraczki do butów z logiem LFC i Stevenem z pucharem LM. Było wszystko. WSZYSTKO, oprócz upragnionych koszulek. Tych z Reeboka JUŻ nie było, a tych z Adidasa JESZCZE nie. Zostały nam tylko te pamiątkowe z ubiegłych lat. Wściekłe jak jasna cholera, dobiłyśmy do dna, osiągając najniższy punkt naszej wizyty w Anglii, przeklinając na czym świat stoi. W wyniku naszej agonii, ponownie obrzuciłyśmy obsługę mięsem, mimo, że byli dość uprzejmi i te okropne wieści starali się nam przekazać w grzeczny sposób. Miałyśmy wrażenie, że cały świat obrócił się przeciwko nam. W konsekwencji zostawiłyśmy w kasie sklepu klubowego łącznie ok. 90 funtów, co teraz, patrząc z perspektywy czasu, wydaje nam się idiotycznym posunięciem.

You'll Never Walk Alone

Tak czy inaczej chciałyśmy jeszcze iść pod bramę z napisem "You'll Never Walk Alone". Kiedy tam dotarłyśmy, jacyś panowie coś przy niej majstrowali, ale widząc nas pospieszyli się z robotą tak, że mogłyśmy bez przeszkód sfotografować ją w całej okazałości. Czułyśmy się podle. Nie dość, że nie weszłyśmy na stadion, to jeszcze wydałyśmy tyle kasy. Po obejściu stadionu niemalże z każdej strony, wróciłyśmy pod recepcję, gdzie wpisałyśmy się na listę oczekujących. Jedyne wejście było możliwe o godzinie 15. Zostały nam jakieś dwie godziny z hakiem. Myślałyśmy co zrobić - odpuścić sobie stadion i jechać do Melwood? Do muzeum Beatlesów? A może jednak zostać i pogrążyć się w rozpaczy? Jednak wybrałyśmy ostatnią opcję i spędziłyśmy dwie godziny na dywanie przed wejściem, czekając. Wyjęłyśmy z plecaków jedzenie i napoje, które wzięłyśmy z domu, iPoda (naturalnie firmy Apple), jeden odtwarzacz mp3, aparat fotograficzny, różne gazety i autobiografię Jurka Dudka.

Kasyno, garnitur Cisse i Garcia w tunelu

Dziwimy się nawet teraz, że nas stamtąd nie wyrzucili, bo jak jakieś trzy recydywistki rozsiadłyśmy się niemalże na przejściu, ubrudziłyśmy dywan sokiem pomarańczowym i co chwila zawracałyśmy głowę biednym ludziom z recepcji. Na liście byłyśmy jako piąte, zaraz po parze z Irlandii, Rachel i Ryanie, którzy, tak jak my, czekali na cud. Co chwila mijały nas dzieci ze szkolnych wycieczek, które patrząc na okładkę książki Dudka i widząc na niej jakieś dziwne robaczki, wytrzeszczały oczy. Chcąc sobie umilić oczekiwanie, Daga odczytywała jej fragmenty na głos. Tak więc, po Garcii w tunelu, kasynie, numerach Robbie'go, garniturach Cisse i kłótni Steviego z Jurkiem przyszła chwila prawdy. Była godzina 14.45. Wiatr wiał z zachodu, na termometrach było 27 °C., a ciśnienie atmosferyczne wynosiło 1002 hPa. Daga, razem z Ryanem udała się ponownie do recepcji, gdzie Claire i jeden z przewodników czekali na kolejną grupę turystów. Spytali się ile osób, jak dotąd, nie przyszło. Okazało się, że dziesięć. Humory się nam poprawiły, ale nie chciałyśmy się cieszyć zbyt wcześnie. Za pięć trzecia osób było już tylko pięć. Emocje sięgały zenitu, dziewczyny na dywanie z trwogą patrzyły na kolejne osoby przechodzące obok, modląc się, żeby poszły do sklepu, zamiast do recepcji. Mijali nas różni ludzie - mieli koszulki Machesteru Utd, West Hamu, niektórzy wydawali się w ogóle nie przejmować miejscem, do którego zmierzają, jakby było im to zupełnie obojętne. Było to trochę niesprawiedliwe, że ludzie, którym piłka nożna była obojętna, wchodzili na stadion jak gdyby nigdy nic, a dla nas nie było szans, ale nic na to nie mogłyśmy poradzić.

Jednak wchodzimy

W końcu, o godzinie 14:55 Claire i jeden z przewodników wymienili porozumiewawcze spojrzenia i po chwili z recepcji wyleciała Daga krzycząc, że jednak wchodzimy!!! Rzuciłyśmy się sobie w ramiona ciesząc się jak dzieci, nie zważając na tłum czterdziestu paru ludzi, którzy nie bardzo wiedzieli co się dzieje. Pozbierałyśmy swoje rzeczy z miejsca, które zapamiętamy chyba do końca życia i ruszyłyśmy kupić bilety. Nie wierząc w to, że po godzinach oczekiwań pod stadionem, po długich miesiącach siedzenia w szkolnej ławce i myśleniu nad tym, "co by było gdyby..." nie musimy już gdybać; na pożegnanie powiedziałyśmy Claire, że jest naszym aniołem i że właśnie realizujemy nasze największe marzenie.

Brama do niebios Anfield

Uzbrojone w aparaty fotograficzne ruszyłyśmy z całą wycieczką pod bramy prowadzące do wejścia na stadion, które znajdują się na przeciwko pomnika Billa Shankly'ego. Wtedy naprawdę otworzyły się przed nami nasze wyśnione "bramy do niebios Anfield"! Nie wierzyłyśmy w swoje szczęście. Na początku przewodnik spytał się, czy jest wśród nas jakiś fan Evertonu, a potem kto się w ogóle nie interesuje piłką nożną i dodał też, żeby się przyznać, bo w każdej grupie zawsze ktoś taki się znajdzie. Przedstawił nam plan oprowadzania, który był przewidziany na kolejne czterdzieści pięć minut: najpierw szatnia, potem jedna z trybun no i wreszcie The Kop.

Krzesełek nie wymieniają, tylko je malują

Pierwsza myśl, kiedy się wchodzi na stadion? A jednak krzesełek nie wymieniają, tylko je malują... Magia telewizji robi swoje, bo Anfield wydaje się w rzeczywistości dużo mniejsze. Idziemy najpierw do szatni, co chwila mijamy znaki stojące przy murawie "Please keep off the pitch", które, niestety, skutecznie niwelują nasz plan skubnięcia kilku źdźbeł „świętej” trawy. Idziemy dalej, nie wierząc własnym oczom, mijamy panów malarzy, którzy delektując się chwilą, podziwiają wszędobylskich turystów, którzy wyglądają jak wycieczka z Tanzanii czy Japonii. Idziemy dalej zostawiając panów malarzy samym sobie. I jest! Sławne wejście na stadion!

Dlaczego Jamie Carragher

W tunelu zrobił się korek, bo wszyscy chcieli sobie robić zdjęcia przy tablicy "This is Anfield". Czekamy cierpliwie na swoją kolejkę. W końcu się udało...! Po raz kolejny odkrywamy, że stadion wcale nie jest taki duży - pomieszczenie, gdzie zawodnicy czekają na wejście na boisko jest bardzo ciasne. Wchodzimy do szatni, spostrzegamy linę oddzielającą nas od ściany, na której wiszą koszulki zawodników - od lewej kolejno bramkarze, obrońcy, pomocnicy i napastnicy. Przewodnik opowiada nam parę rzeczy o szatni, nie zapominając nawet o właściwościach podłogi. Potem czeka na pytania. Pierwszy był mały chłopczyk, który nieśmiało spytał: "Have you ever met Steven Gerrard?" ("Czy kiedyś spotkałeś Stevena Gerrarda?"), na co przewodnik z uśmiechem odpowiada: "Yes, I have, twice. He's a nice fellow, and he always has time for fans." ("Tak, dwukrotnie, fajny z niego gość, zawsze znajduje czas dla fanów."). Potem Daga, korzystając z okazji spytała, "Dlaczego Jamie Carragher...", po czym przewodnik dokończył za nią "... zawsze gra w długim rękawie?". Wszyscy się uśmiechnęliśmy, po czym stwierdził, że myślano, że Jamie ma na ramieniu tatuaż i nie chce go pokazać, po czym dodał, że to tylko plotki i że po prostu tak lubi. Kiedy pytania się skończyły przewodnik zdjął liny i wszyscy mogli sobie robić po kolei zdjęcia na ławkach z koszulkami zawodników (jak się rzucili!!).

This is Anfield

Najbardziej oblegany był, rzecz jasna, Steven, ale inni, jak się okazało, też mieli wzięcie. Kiedy wszyscy już skończyli, wyszliśmy na korytarz i również tam przewodnik opowiedział nam kilka anegdot (specjalnie nie opisujemy wszystkiego, żeby wam nie psuć niespodzianki, na wypadek, gdyby komuś również się poszczęściło i zawitałby na Anfield :) ). Później, wychodząc na stadion z głośników wydobywały się odgłosy szalejącego na trybunach tłumu, zupełnie tak jak na meczach. Wszyscy ludzie wychodząc na zewnątrz dotykali tablicy "This is Anfield"... Po wyjściu z szatni, usiedliśmy na ławkach, na których zwykle siedzą goście - przewodnik żartował, że może pan, który siedział dwa rzędy przed nami siedzi akurat na miejscu Jose Mourinho (my siedziałyśmy na miejscach graczy rezerwowych). Potem opowiadał nam historię powstania stadionu.

The Kop

Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyliśmy, była słynna trybuna THE KOP. Trzeba przyznać, że to był niesamowity widok - znaleść się, w miejscu tak niezwykłym, o którym się tyle słyszało - jak w jakiejś bajce! Zamiast lasu mamy murawę, a zamiast naszej leśnej chatki - THE KOP! Mimo, że wycieczka trwała koło godziny, nam zdawało się, jakby minęła ona w mgnieniu oka. Nie chciałyśmy stamtąd odchodzić, nie łatwo jest opuścić miejsce, w którym jest nam tak dobrze, ale koniec oprowadzania zbliżał się nieubłaganie. Ostatnie spojrzenie, ostatnie zdjęcie, ostatnie tchnienie baterii w aparacie... Podążając za tłumem kierowałyśmy się od wyjścia. Kiedy ponownie znalazłyśmy się pod pomnikiem Shankley'a, nie wiedziałyśmy co ze sobą zrobić - zacząć się śmiać, czy może płakać, że bajka się tak szybko skończyła.

Beatles Story

Powróciłyśmy do recepcji pożegnać się z Claire i razem z Rachel i Ryanem, pojechaliśmy autobusem do centrum miasta, aby jeszcze "zaliczyć" doki św. Alberta. Odjeżdżając spojrzałyśmy jeszcze raz na ten wielki, ceglany budynek, z którym łączyło nas teraz tyle wspomnień. Po drodze do doków minęłyśmy dwa sklepy klubowe z pamiątkami. Wiedziałyśmy, że muzeum "The Beatles Story" będzie już zamknięte, ale nie odmówiłyśmy sobie przyjemności zrobienia sobie zdjęć przed wejściem. W końcu znalazłyśmy chwilę, aby usiąść na ławkach, podziwiając z daleka drugą część miasta i rzekę Mersey (strasznie brudna). Następnie udałyśmy się na Lime Street. Jakże wykończone i jakże szczęśliwe wsiadłyśmy do opóźnionego piętnaście minut pociągu, z góry wiedząc, że nie zdążymy na przesiadkę w Birmingham! Nie obyło się bez stresu i akcji desperacji na peronie, kiedy biegiem leciałyśmy na Moor Street. Całe szczęście pociąg do High Wycombe także był opóźniony i to o czterdzieści pięć minut. Ostatecznie zajechałyśmy do domu koło pierwszej, przesypiając całą drogę. Budząc się następnego dnia od razu włączyłyśmy komputer chcąc przeżyć ubiegły dzień ponownie. Trudno nam było uwierzyć w to, co widziałyśmy na ekranie. Powoli do nas docierało, że faktycznie tam byłyśmy. Teraz wypada nam zaoszczędzić trochę kasy, i tak jak Wieviór udać się do Liverpoolu na mecz...

The Beatles - In my life

There are places I'll remember

All my life though some have changed

Some forever not for better

Some have gone and some remain

All these places have their moments

With lovers and friends I still can recall

Some are dead and some are living

In my life I've loved them all

But of all these friends and lovers

There is no one compares with you

And these memories lose their meaning

When I think of love as something new

Though I know I'll never lose affection

For people and things that went before

I know I'll often stop and think about them

In my life I love you more

Though I know I'll never lose affection

For people and things that went before

I know I'll often stop and think about them

In my life I love you more

In my life I love you more

Czy jakieś słowa mogą trafniej to wszystko ująć? :)

Daga i Vielinka



Autor: Daga i Vielinka
Data publikacji: 30.10.2009 (zmod. 02.07.2020)