Frimpong: Nienawidzimy przegrywać – ale żaden sezon nie jest porażką
Obrońca Liverpoolu miał trudny, naznaczony kontuzjami początek kariery na Anfield, ale wierzy, że to „część drogi” do sukcesu. W rozmowie z Dominiciem Kingiem opowiada jak zaplanował swoją dalszą karierę w klubie i czy widzi nadal światełko w tunelu.
Instrukcja od Jeremiego Frimponga jest stanowcza i nie można jej zignorować. To była pouczająca rozmowa – przeskakująca od szoków kulturowych przez escape roomy po wartości rodzinne – ale teraz tematem jest rozczarowanie, a prawy obrońca Liverpool FC mierzy się z nim wprost.
To był kolejny wyczerpujący tydzień. Panowanie Liverpoolu jako mistrzów ligi może oficjalnie dobiec końca w ten weekend, w zależności od wyniku derbów Merseyside lub starcia w Manchesterze: jeśli byłby to golf, drużyna Arne Slota jest w naprawdę głębokim dołku za Arsenalem – 18 punktów straty przy sześciu meczach do rozegrania. Nawet największy fantasta nie przewidzi cudu. Można założyć, że Arsenalowi w tym momencie wystarczy jeszcze kilka uderzeń kijem i piłka trafi do dołka.
Zatem cały sezon wydaje się bliski ukończenia. Paris Saint-Germain zgasiło marzenia o podbiciu Europy, Manchester City zmiażdżył ich w Pucharze Anglii, Crystal Palace wyeliminowało ich z Carabao Cup, wcześniej pokonując Liverpool także w Community Shield. Brak trofeów równa się porażce, prawda?
– Znasz Giannisa? – pyta Frimpong. – Oglądasz NBA? Musisz go posłuchać.
Więc słuchamy. „Giannis” to Giannis Antetokounmpo, grecko-nigeryjski koszykarz z niemal 16 milionami obserwujących na Instagramie, grający dla Milwaukee Bucks. Uważany jest za jednego z największych graczy w historii NBA, seryjnego zwycięzcę, ale Frimponga zafascynowało wystąpienie, które wygłosił po porażce w play-offach w 2024 roku.
– Nie możesz wygrywać wszystkiego cały czas – mówi cicho Frimpong. – Czasem musisz przejść przez takie sytuacje, żeby zbudować się na nowo. Oglądałem Giannisa. Zapytano go: „Czy ten sezon był dla ciebie porażką?” On odpowiedział: „Nie. To nie jest porażka. To droga do sukcesu.”
Zaczął mówić o Michaelu Jordanie. Kiedy nie wygrał finałów, czy to była dla niego porażka i czy obniżyło to wartość jego kariery? Nie. To była droga do sukcesu. Więc żaden sezon nie powinien być postrzegany jako porażka, niezależnie od rozczarowania. To droga, którą musimy przejść, jeśli chcemy sukcesu.
– Nikt nie lubi przegrywać. Wchodzisz do szatni i rozglądasz się – wszyscy nienawidzą przegrywać. Ale wracam do tego, co mówi Giannis: żaden sezon nie jest porażką. Kiedy przegrywasz, czujesz się bardzo źle, że nie da się tego grzeczniej opisać inaczej. Ale to są kroki. Musisz pracować metodą małych kroków.
Kroki, których nie zawaha się podjąć, nawet jeśli w ciągu ostatnich 10 miesięcy były momenty, w których Frimpong zastanawiał się, skąd tyle niepowodzeń. Pomijając wyniki, doznał trzech oddzielnych kontuzji ścięgna podkolanowego, z których każda była druzgocąca, biorąc pod uwagę, że jego prędkość jest jego wielką bronią.
Liverpool może być trudnym miejscem do adaptacji nawet w najlepszych czasach, a historia pełna jest transferów, które nie były w stanie odnaleźć swojego poziomu na Anfield, gdy nie zaczęły dobrze, więc Frimpong wie, że zawsze w takim kontekście zrodzą się pytania, które wymagają odpowiedzi i wie, że nie zadowoli sceptyków do przekonania o jego wartości tak łatwo.
Nie powinno tak być. Kiedy jego transfer został sfinalizowany zeszłego lata, Frimpong czuł, że może dać swojemu ojcu, Jeffreyowi, prezent, którego nie da się kupić za pieniądze – mówiąc mężczyźnie, który dorastał oglądając drużyny Liverpoolu Kenny Dalglisha i Iana Rusha, że jego syn będzie nosił czerwoną koszulkę.
– W naszym domu wszyscy kibicujemy różnym drużynom – mówi z uśmiechem. – Tata i mój starszy brat Aaron są fanami Liverpoolu. Wszyscy wiedzieli, co się dzieje, oprócz niego. On nie śledzi tu zbyt uważnie wiadomości, słucha tylko afrykańskich mediów.
– Więc kiedy zbliżało się do finalizacji, powiedziałem: „Tato, będę grał dla Liverpoolu.” Spojrzał na mnie i powiedział: „Co?!” Wyglądał na tak dumnego. Sam nie jestem ojcem, więc nie mogę tego w pełni zrozumieć, ale powiedzenie mu tego było niesamowite – najlepszy prezent, jaki mogłem mu dać.
Frimpong nie pozwoli sobie się załamać. Jego kariera charakteryzuje się tym, że nie wybiera łatwych dróg; przejście do Celticu z Manchesteru City w wieku 19 lat w 2019 roku wystawiło go na intensywność jednego z najbardziej wymagających piłkarskich środowisk. Dwa lata później odszedł jako zdobywca potrójnej korony.
– To był dziwny rok – mówi, gdy rozmawiamy w holu ośrodka treningowego Liverpoolu. Co jakiś czas mijają nas zawodnicy akademii i za każdym razem Frimpong zatrzymuje się, by przybić im piątkę i dodać otuchy.
– Byłem kiedyś taki jak oni, po prostu chciałem być piłkarzem. Miałem sporo kontuzji. Normalnie tylu nie mam, naprawdę nie jestem typem piłkarza kontuzjogennego. Jedyny raz wcześniej miałem dłuższą przerwę po operacji po ostrym faulu. Na to nie miałem wpływu. Ale żeby to przytrafiło się mnie? Ścięgna podkolanowe?
Kręci głową.
– Nigdy wcześniej tego nie miałem – kontynuuje Frimpong. – Trzy kontuzje, a do tego drużyna nie radzi sobie tak, jak powinna. Było wiele wyzwań. Gdybyśmy wygrali FA Cup albo Ligę Mistrzów, nie byłoby tak źle.
– Jak sobie z tym radziłem? Mam rodzinę, mam dziewczynę. Trzeba pamiętać, że jesteśmy ludźmi. Mamy uczucia. Kiedy dzieją się złe rzeczy, myślimy o nich. Wracasz do domu i myślisz: „O kurczę” – musisz coś zrobić, żeby nie pogrążyć się we własnych myślach.
– Dlatego potrzebujesz bliskich i to właśnie pomogło mi przejść przez trudne momenty. Nie będę kłamał, było ciężko. Ale kiedy byłem na dole, miałem ludzi przy sobie. Odciągali mnie od tego, żebym nie siedział i nie patrzył w pustkę.
Rozrywką dla Frimponga, jednego z siedmiorga rodzeństwa, były wizyty w The Cube w centrum Arndale w Manchesterze. To interaktywna gra wymagająca logicznego myślenia i sprawności umysłowej; próbował też escape roomów – wszystkiego, co pomagało uniknąć pogrążenia się w ciemności.
To mogło się łatwo wydarzyć. Liverpool przegrał 17 meczów w jednej z najbardziej niezwykłych kampanii, a z wielu powodów klub, do którego Frimpong trafił zeszłego lata, nie był tym, którego się spodziewał, gdy po raz pierwszy mówiono o jego transferze z Bayeru Leverkusen.
– Kiedy przychodzisz do nowej drużyny, musisz się przystosować – wyjaśnia. – Nowe twarze, nowy styl gry. To zajmuje czas. Dla każdego jest inaczej. Spójrz na Hugo – wszedł i od razu ogień! A są inni, którym zajmuje to więcej czasu, ale kiedy już „kliknie”, to naprawdę działa.
Nietrudno zgadnąć, dokąd to prowadzi: Florian Wirtz. Wiele opinii już padło, że Liverpool zmarnował 116 milionów funtów na Niemca. Frimpong unosi brew i mówi to, co wie o zawodniku, z którym tworzył historię w Leverkusen.

– Kiedy usłyszałem, że Flo przychodzi, to poczułem się świetnie – mówi. – Rzadko się zdarza, żeby dwóch kolegów z drużyny przechodziło razem. Oczywiście rozmawialiśmy o tym. Znamy się, wiemy, jak każdy z nas lubi dostawać piłkę.
– Wiem, gdzie znajdzie przestrzeń, wiem, kiedy jej chce i jak sprawić, żeby strzelił gola. Mogę powiedzieć jedno: gdyby nie Flo, nie wygralibyśmy Bundesligi bez porażki ani Pucharu w 2024 roku. Wiem, co potrafi. On wie, co potrafi. Teraz wy musicie to zobaczyć.
– Jest niesamowity przy piłce, bardzo pewny siebie. Nie ma mojej szybkości, ale jest szybki dzięki temu, jak myśli.
– Widziałem to na najwyższym poziomie. Co go wyróżnia? W Leverkusen było tak: kiedy potrzebowaliśmy gola – był. Kiedy potrzebowaliśmy czegoś ekstra, kiedy musieliśmy wygrać – był. On to załatwia.
Jeszcze się to nie wydarzyło, ale to nie znaczy, że się nie wydarzy. Klub taki jak Liverpool powinien być wystarczająco silny, by poradzić sobie z taką kampanią – pierwszą naprawdę słabą od dekady. Każda rozmowa z trenerem Arne Slotem pokazuje, że jest przekonany, iż przyszły sezon będzie znacznie lepszy.
Zwycięstwo nad Evertonem w derbach Merseyside na Hill Dickinson Stadium mogłoby pomóc, a wraz ze zbliżającym się meczem będzie ono wpływać na nastroje w mieście. Frimpong przypomina sobie słowa Virgila van Dijka, swojego rodaka i kapitana, które usłyszał przed przyjściem do klubu.

– Znam go od mundialu w Katarze – mówi Frimpong. – Powiedział mi, że to świetny klub i żebym był gotowy, bo będzie inaczej niż wszędzie, gdzie grałem. Powiedział, że to klub zwycięzców, że tutaj trzeba wygrywać trofea.
– Mówił, że drużyna to jedna wielka rodzina; żebym był gotowy na kibiców i stadion, bo to coś wyjątkowego. Powiedział: „Poczujesz to od razu – zaufaj mi, spodoba ci się.” Ostrzegł mnie, że będzie ciężko, bo każdy będzie chciał nas pokonać, ale powiedział, że to pokocham.
Nawet po tym wszystkim, co się wydarzyło, czy to wciąż aktualne?
– Oczywiście! – odpowiada natychmiast. – Nie chcę być nigdzie indziej niż w Liverpoolu. Teraz przechodzimy trudny okres. Miałem kontuzje, drużyna miała wyniki, których nie chcieliśmy. Ale niczego bym nie zmienił. Ani jednej rzeczy. To wszystko część drogi.
Dominik King

Komentarze (3)