John W. Henry — właściciel na dystans
W klubach i instytucjach sportowych, z którymi John William Henry jest dziś najmocniej kojarzony, w miniony weekend dało się odczuć coś paradoksalnego: był jednocześnie wszędzie i nigdzie.
W sobotnie popołudnie na Anfield, przed zwycięstwem Liverpoolu nad Crystal Palace, trybuny przyozdobiono żółtymi kartkami oraz wizerunkiem Henry’ego zatykającego palcami uszy. Był to protest przeciwko potencjalnej 13-procentowej podwyżce cen biletów w ciągu najbliższych trzech lat — zależnej od poziomu inflacji. Samego Henry’ego na Merseyside jednak nie było.
W tym samym czasie, około 3000 mil dalej, w Bostonie, Henry i jego ludzie zarządzający Red Sox — drugim klejnotem w koronie sportowego imperium Fenway Sports Group — podejmowali decyzję o zwolnieniu menedżera drużyny, Alexa Cory, oraz pięciu trenerów. Jeszcze tego samego dnia Henry, dyrektor ds. baseballu Craig Breslow i dyrektor generalny Sam Kennedy wsiedli do jego prywatnego samolotu, by osobiście przekazać menedżerowi i jego sztabowi złe wieści.
Kiedy jednak następnego poranka odbyła się konferencja prasowa, to Breslow i Kennedy potwierdzili wszystko przed mediami. Według ustaleń The Athletic Henry był obecny, gdy informowano zawodników, ale nie zabrał głosu.
Nie pojawił się na żadnej konferencji prasowej dla mediów baseballowych od 2020 roku, gdy Red Sox wykonali kontrowersyjny ruch i oddali w wymianie najbardziej ekscytującego zawodnika drużyny, Mookiego Bettsa. Kibice do dziś mają mu to za złe. Coraz częściej słychać głosy, że powinien sprzedać klub.
We wtorek The Athletic zaprosił Henry’ego — który zwykle woli odpowiadać dziennikarzom mailowo — do rozmowy o sposobie zarządzania Liverpoolem i Red Sox. Nie odniósł się jednak do pytań bezpośrednio. O komentarz poproszono również Liverpool.
Właścicielowi przedstawiono później sześć konkretnych kwestii. Przedstawiciel FSG odpowiedział tylko na jedną z nich — dotyczącą cen biletów i nadziei grupy, że inflacja w najbliższych trzech latach pójdzie prognozowaną ścieżką 7,3 procent, a nie 13 procent.
Trudno zakładać, by taka odpowiedź uspokoiła protestujących. Wielu z nich uważa, że obrany kurs cenowy może w praktyce zamknąć przyszłą debatę na ten temat.
Niezręczne milczenie Henry’ego jest dziś odczuwalne po obu stronach Atlantyku. A tam, gdzie brakuje odpowiedzi, pojawiają się pytania. Czy ta krytyka naprawdę go dotyka? Jak mocno jest zaangażowany w funkcjonowanie dwóch największych sportowych marek w portfolio FSG? I jaka właściwie jest jego długoterminowa wizja?
The Athletic rozmawiał z osobami, które w ostatnich latach regularnie miały z Henrym do czynienia, by lepiej zrozumieć, jakim jest człowiekiem, co nim kieruje i jak reaguje, gdy znajduje się pod presją.
Mija niemal rok, odkąd Henry po raz ostatni obejrzał mecz Liverpoolu z trybun. Tamto spotkanie również odbyło się przeciwko Crystal Palace na Anfield — choć zapamiętano je z zupełnie innego powodu. Był to dzień świętowania mistrzostwa Premier League w sezonie 2024/25.
Od tamtej pory? Cisza.
Henry ma 76 lat, więc regularne loty przez Atlantyk mogą być dziś dla niego większym wyzwaniem. Ale przez 16 lat rządów FSG schemat zasadniczo się nie zmienił: Henry pojawiał się na Anfield raz, może dwa razy w sezonie.
Za pośrednictwem Zooma uczestniczył w pierwszym spotkaniu z kibicami Liverpoolu, gdy pod koniec ubiegłego roku omawiano nowe ceny biletów. Na trzech kolejnych spotkaniach poświęconych podwyżkom nie było już jednak żadnej z najważniejszych postaci FSG. Prośby fanów o bardziej szczegółową rozmowę bezpośrednio z właścicielami od tamtej pory pozostają bez odpowiedzi.
Nieprzypadkowo więc kibice wybrali w sobotę właśnie zdjęcie Henry’ego z palcami w uszach. Jego dystans sprawia, że dyrektor generalny Billy Hogan w praktyce pełni rolę jego przedstawiciela na miejscu — łącznika między codziennym zarządzaniem klubem a właścicielami stojącymi wyżej.
To Hogan musiał tłumaczyć kibicom, dlaczego ceny biletów rosną, w mailu wysłanym w kwietniu do posiadaczy karnetów i członków klubu. I to on siedział później niezręcznie w loży na Anfield, gdy w 13. minucie sobotniego meczu z trybun poniósł się okrzyk: „You greedy b*******, enough is enough”.
Hogan generalnie pozostawił dobre wrażenie na kibicach, którzy współpracowali z nim w przeszłości. Ceniono jego dostępność i gotowość do reagowania. Wysoko postawione osoby w piłkarskim świecie są przekonane, że FSG bardzo go ceni. Równie jasne jest jednak to, że został postawiony na tym stanowisku, by wykonać dla właścicieli konkretną pracę.
Uchodzi za inteligentnego i dobrze wychowanego, ale zarazem sprawia wrażenie człowieka stale funkcjonującego w trybie służbowym, bardzo dobrze odnajdującego się w korporacyjnym świecie. Niewielu wyobraża sobie, by wdał się w długą, głęboką rozmowę o samej piłce.
Nie zmienia to faktu, że znaczną część komercyjnego wzrostu Liverpoolu od 2012 roku można przypisać właśnie jemu. To on zatwierdzał partnerstwa, które wzmocniły finanse klubu i dały działowi sportowemu szersze pole manewru.
Do tego właśnie odwoływał się w drażliwym mailu wysłanym do kibiców w ubiegłym miesiącu.
„Mamy obowiązek prowadzić klub w sposób zrównoważony i robić to z ambitną wizją: rywalizować o wszystkie najważniejsze trofea, zdobywać je i nadal je zdobywać” — napisał. „To wymaga siły na boisku, ale wymaga też, byśmy rywalizowali na wszelkie możliwe sposoby poza nim...”.
Prowadzenie Liverpoolu okazało się dla Henry’ego trudniejsze, niż początkowo zakładał. Prywatnie przyznawał współpracownikom, że frustruje go możliwy wpływ rzekomo zawyżonych umów sponsorskich w innych klubach. W jego ocenie podważa to dążenia pozostałych do ustalania rzeczywistych wartości rynkowych i wzmacnia konkurencję.
Manchester City — klub, który w ostatnich latach częściej niż jakikolwiek inny stawał Liverpoolowi na drodze do sukcesów — ma nad sobą 115 zarzutów, z czego ponad 100 dotyczy domniemanego naruszenia zasad finansowych. City wszystkim zarzutom zaprzecza. Publicznie Henry nigdy o tym nie mówił, nawet ostrożnie. Prawdopodobnie zyskałby jednak w oczach kibiców Liverpoolu, gdyby zdecydował się zabrać głos.
FSG działa w realiach twardej ekonomii. Tyle że Liverpool ma zyskać na nowej strukturze cen biletów zaledwie 1,2 miliona funtów, czyli 1,6 miliona dolarów. Czy cały ten konflikt naprawdę jest tego wart?
Wygląda na to, że Henry uważa, iż tak. Choć nie zawsze myślał w ten sposób. W 2016 roku wycofał się z propozycji przedstawionych przez byłego dyrektora generalnego Liverpoolu Iana Ayre’a, zakładających podniesienie części cen biletów do 77 funtów. Ruch ten przyniósłby klubowi mniej niż 25 tysięcy funtów, ale wywołał ogromny sprzeciw, bo wpisywał się w szersze obawy dotyczące kierunku polityki cenowej.
Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło. Liga Mistrzów i dwa tytuły mistrza Premier League pomogły podnieść najnowszą wycenę Liverpoolu według Forbesa do 5,4 miliarda dolarów, czyli 4 miliardów funtów — czwartego najwyższego wyniku na świecie. Być może Henry uznał, że dziś niewielu może pozwolić sobie na podjęcie wyzwania, jakim jest prowadzenie takiego klubu. Minęły już ponad trzy lata, odkąd wykluczył pełną sprzedaż Liverpoolu. Może więc nadszedł moment, by maksymalizować przychody — niezależnie od reakcji i kosztów wizerunkowych.
W ostatnich latach działacze z innych klubów słyszeli o Henrym mniej niż wcześniej. Część z nich odebrała to jako sygnał, że jego zainteresowanie Liverpoolem słabnie. Inni uważają, że krytyka, jaka spadła na niego po udziale Liverpoolu w projekcie europejskiej Superligi, zostawiła na nim tak głęboki ślad, że przestał angażować się w politykę futbolu. Ostatecznie przeprosił wtedy kibiców, a także Hogana, po tym jak klub ogłosił pracownikom swoje zaangażowanie w upadłe rozgrywki.
Większym projektem, który naprawdę go pochłaniał, był wcześniej Project Big Picture — kolejny wielki plan, który nigdy nie wszedł w życie, zanim doszło do nieudanego startu Superligi. Zakładał on porozumienie z English Football League dotyczące redystrybucji 25 procent środków. Warunkiem było jednak zniesienie tzw. parachute payments, zmniejszenie liczby drużyn w Premier League oraz uzależnienie siły głosu klubów w najwyższej klasie rozgrywkowej od długości ich stażu w lidze.
Henry uważał, że byłoby to rozwiązanie dla dobra całego angielskiego futbolu. Reakcją ponownie była jednak złość. A on sam był rozdrażniony tym, że pomysł został tak szybko utrącony.
Superliga była więc swego rodzaju ruchem odwetowym. W całym tamtym okresie, w 2021 roku, Henry czuł się dotknięty tym, jak zaczęto go postrzegać. Z natury nie okazuje wielu emocji. Ludzie, którzy spędzili z nim sporo czasu, rzadko widzieli go naprawdę zdenerwowanego. Jego sposób komunikacji bywa przy tym nieregularny.
Potrafi zadzwonić w pozornie przypadkowym momencie, często bez zbędnych uprzejmości, a potem wrócić do tej samej rozmowy sześć miesięcy później, jakby odbyła się wczoraj. Jeśli omawiany pomysł go nie interesuje, potrafi całkowicie zignorować kontakt.
Tony Evans, były szef działu piłkarskiego brytyjskiego The Times, a obecnie prowadzący podcast „Walk On” w The Athletic, kilkukrotnie spotykał się z Henrym na kolacjach w londyńskiej restauracji The Wolseley w pierwszej części ery FSG w Liverpoolu. Pamięta, że musiał nachylać się blisko, by usłyszeć, co Henry mówi, ponieważ ten wypowiadał się bardzo cicho. Według Evansa Henry był wyjątkowo szczery w kwestii własnych niedociągnięć i, przynajmniej w pierwszych latach na Anfield, wiedział, że FSG popełnia błędy.

Często wracał do fatalnych doświadczeń z czasów posiadania Florida Marlins, o których regularnie mu przypominano, ilekroć odwiedzał swój dom w tym stanie. Z dumą opowiadał jednak również o zakończeniu „klątwy Bambino” dzięki triumfowi Red Sox w World Series w 2004 roku. W szkole nigdy nie był typem sportowca. Tamten sukces sprawił, że po raz pierwszy poczuł się trochę jak zawodnik. I po raz pierwszy poczuł też miłość konkretnego miejsca.
W Liverpoolu FSG długo nie wiedziało, jak znaleźć właściwą drogę. Przełom nastąpił dopiero wraz z zatrudnieniem Jürgena Kloppa w październiku 2015 roku. Henry nigdy nie miał jednak szans stać się na Merseyside tak popularny, jak w pewnym momencie był w Bostonie — mieście, które nazywa domem. Ostatecznie nie łączy go z tym regionem żadna inna więź.
Evans opisuje go jako człowieka „częściowo odłączonego”. Odniósł wrażenie, że przez długie okresy Henry właściwie nie myślał o tym, co dzieje się w Liverpoolu. Gdy jednak popełniano błędy, potrafił reagować szybko.
Przy jednej z takich okazji, jak wspomina Evans, Hillsborough Independent Panel chciał rozłożyć na krzesełkach Anfield ulotki z apelem do osób, które mogłyby zgłosić się i złożyć zeznania. Ktoś w klubie sprzeciwił się temu pomysłowi, tłumacząc to obawami o śmieci. Kilka godzin po tym, jak Evans napisał Henry’emu maila, że to skandaliczne stanowisko, decyzja została odwrócona.
„Kiedy jest zaangażowany, rzeczy się dzieją” — mówi Evans. „Kiedy nie jest, klub dryfuje”.
Kennedy bronił Henry’ego w czwartek na antenie bostońskiej stacji radiowej WEEI. Przyznał, że właściciel „bardzo selektywnie podchodzi do kontaktów z mediami”. Dodał jednak, że „nigdy nie należy mylić tego z brakiem zaangażowania czy troski”.
W futbolu nie brakuje wpływowych osób, które podziwiają to, co Henry i FSG zrobili z Liverpoolem.
Jedna z nich zwraca uwagę, że gdy FSG przejmowało klub w 2010 roku, Liverpool pozostawał za Manchesterem United, Chelsea i Arsenalem — zarówno na boisku, jak i poza nim. Zagrożenie ze strony Manchesteru City było już wtedy widoczne, a z czasem okazało się jak najbardziej realne. Mimo słabego sezonu Liverpoolu dziś można dość powszechnie uznać, że pod wieloma względami klub wyprzedził trzech dawnych rywali. Wygrał więcej trofeów w dekadzie, w której FSG rozwiązało również kwestię stadionu poprzez ogromną przebudowę Anfield i zbudowało nowy ośrodek treningowy.
Pytanie brzmi: czy Henry potrafi utrzymać ten kurs?
Kiedyś pytał zaufane osoby związane z Liverpoolem, jak sobie radzi. Odpowiedź — jak mu przypominano — zależała jednak od tego, po co kupił klub i jaki cel chciał osiągnąć.
Najprostsza odpowiedź była taka: Liverpool był bardzo tani. Nawet wtedy Henry niemal wycofał się z transakcji. Czekał prawie cztery godziny w biurze jednej z londyńskich kancelarii prawnych, podczas gdy poprzedni właściciele bezskutecznie próbowali odwołać zarząd, zanim ten zdążył doprowadzić do sprzedaży.
Nawet gdy były tymczasowy prezes Martin Broughton wybiegł i powiedział mu, że właśnie stał się właścicielem klubu piłkarskiego, Henry wciąż nie był w pełni przekonany. Nie prowadziła go pasja do klubu ani do futbolu. Cena była jednak taka, że żaden rozsądny oportunista nie mógłby przejść obok niej obojętnie.
Ten komercyjny instynkt pozostał w nim do dziś. Ostatni tydzień jeszcze raz przypomniał mu jednak coś, czego kibice Liverpoolu i Red Sox nigdy nie pozwalają właścicielom zignorować: wartości takich klubów nie da się zmierzyć wyłącznie w arkuszu kalkulacyjnym.
Simon Hughes

Komentarze (3)