LIV
Liverpool
Towarzyski
26.07.2026
00:00
SUN
Sunderland
 
Osób online 1930

Najważniejsi są ludzie, którzy...


Długo nie wiedziałem, w jakim kierunku poprowadzić ten tekst. Są wydarzenia, które łatwo opisać faktami: kto przyjechał, co robiliśmy, kto wygrał mecz. Znacznie trudniej opisać to, czego nie widać na zdjęciach. Zamiast kronikarstwa będzie patrzenie okiem kibica wychowanego na oglądaniu Liverpoolu (czyt. piszemy emocjami). No i może być chaotycznie, ale to też jest wpisane w DNA futbolu i tego klubu, prawda?

Wśród swoich

Gdy w czwartek pakowałem się do wyjazdu, wszyscy uczestnicy byli dla mnie jeszcze osobami znanymi głównie z kontaktów online – po raz pierwszy miałem się spotkać z nimi twarzą w twarz podczas weekendowego zjazdu.

Wcześniej były to dla mnie awatary, nicki i zdjęcia profilowe. W niecałe trzy dni stworzyliśmy swoje żarty, wspomnienia i historie, których nie da się stworzyć w przestrzeni internetowej. Integracja przebiegła szybciej niż kontratak za czasów Kloppa.

Przed zjazdem usłyszałem od redaktora naczelnego „będzie dobrze, bo będą sami swoi”. Wtedy potraktowałem to trochę jak typowe przedwyjazdowe zapewnienie.

Gdy ruszałem na zjazd w piątek rano, spodziewałem się po prostu dobrze spędzonego weekendu. Kilku dni w gronie ludzi, którzy – tak jak ja – wybrali kiedyś Liverpool. Rozmów o piłce, trochę śmiechu, trochę integracji.

Wróciłem bogatszy o wspomnienia, które zostaną ze mną na długo. Przypadkowy żart przy stole, rozmowy późnym wieczorem, wspólny śmiech z czegoś kompletnie absurdalnego – to niby nic, ale w odpowiednim miejscu to tak naprawdę wszystko.

W niedzielę po południu, w drodze powrotnej do domu, co chwilę wybuchałem śmiechem, odtwarzając w głowie kolejne sytuacje z tego weekendu. Odtwarzałem konkretne twarze, konkretne sytuacje i konkretne żarty. Towarzyszył mi ten charakterystyczny ból brzucha od śmiania się. Obok mnie w metrze siedziała młoda dziewczyna, która miała zaczerwienioną twarz (miała alergię albo płakała; ciągle patrzyła w telefon i coś nerwowo pisała, więc może to drugie?). Postanowiłem się nieco uspokoić i nie zwiększać kontrastu między jej smutkiem a moją dobrą zabawą. Po chwili wsiadłem w drugą linię metra i znowu mnie uderzyło – tym razem zakryłem twarz czapką z daszkiem. Z tym nie dało się wygrać.

Dom pełen czerwieni

Od nicków do ludzi. Od „jadę na zjazd” do „wyjeżdżam od swoich”.

Ale wróćmy do początków. W piątek razem z redaktorem naczelnym dotarliśmy na miejsce jako pierwsi. Przywitał nas urokliwy, drewniany domek położony w cichej i spokojnej okolicy.

Cichej. Do czasu.

Spokojnej. Do czasu.

Ten domek jeszcze nie wiedział, że przez najbliższe trzy dni będzie widział i słyszał rzeczy, których prawdopodobnie nie powinien widzieć i słyszeć.

Krótka rozmowa z właścicielem domku, wniesienie bagaży i pierwsze zapełnianie lodówki.

Zrobienie live'a, jak niektórzy tutaj proponowali, nie było możliwe – ze względów technicznych, a dla niektórych nawet fizycznych. Nasze organizmy momentami były szybsze od internetu, a internet i tak nie nadążyłby za tym, co działo się przez cały weekend. Zresztą są takie chwile, które najlepiej zostawić tam, gdzie się wydarzyły.

Z każdą kolejną godziną zaczęli pojawiać się następni uczestnicy. Z różnych stron Polski, z różnych środowisk, z różnymi historiami, ale każdy z tym samym klubem w sercu. Każdy kolejny samochód pod domkiem oznaczał nowe uściski dłoni, więcej rozmów i coraz więcej śmiechu.

Po kilku godzinach pierwsze „cześć, jestem [imię]” szybko zamieniało się w „czy my się nie znamy od 10 lat?!”. Jakbyśmy nie poznawali nowych osób, tylko po prostu spotykali znajomych po dłuższej przerwie.

Nie wiem, jakie plany na ten weekend mieli nasi sąsiedzi, ale jestem niemal pewien, że po trzech dniach słuchania naszych dyskusji stali się ekspertami od Premier League, historii Liverpoolu, tanecznych ruchów, „jedenastek wszech czasów”, „muzyki typowo ***** ludowej” i życia w ogóle. Rozmowy trwały do późna. A później jeszcze trochę.

Być może po tym weekendzie nie zostali jeszcze kibicami Liverpoolu, ale z pewnością otrzymali przyspieszony kurs tego, jak wygląda życie w czerwonej rodzinie.

Wspólne grillowanie, poznawanie drugiego człowieka i relaks. Z głośnika popłynęły pieśni o LFC oraz hymn „You’ll Never Walk Alone”, przy którym każdy jeszcze mocniej zaczął delektować się chwilą. Akurat w tym momencie dym z grilla wyjątkowo uparł się, by zakręcić kilku osobom łzę w oku. Przypadek? Oczywiście.

Odbył się również mecz siatkówki plażowej, nad którego wynikiem czuwało dwóch sędziów. Wynik? Był. Podobno został nawet zapisany, choć emocje na boisku momentami były ważniejsze niż sama matematyka. Trzeba przyznać – ambicji i efektownych prób ratowania każdej piłki nie brakowało. Wiara, walka i piasek w każdym możliwym otworze w ciele. Ciekawostka: jedną z drużyn prowadził redaktor naczelny w fioletowej koszulce „Keita 8”. Nie odniósł kontuzji.

Był też czas na wspólne oglądanie pojedynku wagi ciężkiej – meczu o trzecie miejsce mistrzostw świata pomiędzy Anglią a Francją. Emocji, komentarzy i analiz oczywiście nie zabrakło (ukłony dla naszego najlepszego analityka Bartka). Nie wszyscy jednak oglądali mecz, bo część redaktorów miała już za sobą pojedynki wagi ciężkiej tego dnia. Interpretacja dowolna.

Trudno przelać na papier wszystkie emocje i zwyczajną radość z przebywania z ludźmi, których jeszcze chwilę wcześniej znało się głównie z internetu. Jeszcze trudniej oddać pewne momenty, które wywołały emocje tak duże, że kilka razy niewiele brakowało do katastrofy garderobianej. Spotkanie na żywo pozwoliło w pełni docenić bycie częścią „Liverpool family”. Łatwo powiedzieć, że jest się częścią jakiejś społeczności. Znacznie trudniej to poczuć. Ten weekend był właśnie tym momentem, kiedy słowa zamieniły się w doświadczenie. 

Komuś włączył się budzik w telefonie o 4:20. 
– wyłącz to! – powiedział jeden z uczestników
– niedługo sam się rozładuje – odpowiedział właściciel telefonu

Ktoś w nocy rozmawiał z psem sąsiadów. O czym? Nie wiem, bo już przysypiałem koło 4:30. Pewnie o czymś ważnym.

– odłóż ten głośnik, to nie panzerfaust! – padło w trakcie muzycznych sensacji

Dużo było tych małych detali robiących klimat.

90+5. Bo do końca może wydarzyć się wszystko

Ludzie lubią anegdoty, więc przytoczę jedną z nich.

Niedzielny poranek zapowiadał się spokojnie. Byłem umówiony z jednym z uczestników, że podrzuci mnie na dworzec, skąd o 10:10 odjeżdżał mój autobus do Warszawy. Następny autobus miałem dopiero o godzinie 17:00, więc plan był prosty – pożegnać się z resztą ekipy, wyjechać odpowiednio wcześniej i bez stresu dotrzeć na miejsce.

Wydawało się, że największe emocje tego weekendu są już za mną.

Nic bardziej mylnego.

Przecież kibicujemy klubowi, który ma emocje wpisane w swoje DNA.

GPS postanowił urządzić nam własną „dogrywkę” i zamiast na dworzec wyprowadził nas... gdzieś w pole. Kilkanaście cennych minut przepadło bezpowrotnie. Szybka korekta trasy, ponowne zawierzenie mocy GPS-u i głęboki oddech. Jeszcze była nadzieja, choć także obawa, że GPS ponownie coś pomyli.

Zegar nie zamierzał zwalniać.

Jakby tego było mało, po drodze zatrzymały nas opuszczone szlabany. Pociąg jechał swoim tempem, a my mogliśmy jedynie patrzeć, jak każda minuta oddala mnie od autobusu.

Nadzieja, że zdążę, przeplatała się z pogodzeniem, że będę czekał siedem godzin na dworcu na kolejny autobus.

Kiedy do dworca zostało zaledwie kilka kilometrów, jazda zaczęła przypominać końcówkę meczu Liverpoolu. Nie było już miejsca na kalkulacje. Liczyła się tylko wiara. Dociśnięcie pedału gazu i nadzieja, że tym razem jedziemy dobrą trasą, że się uda. Do celu coraz bliżej, ale autobus ma odjechać za dwie minuty.

Minuta do odjazdu.

Gdy dojeżdżaliśmy do celu było już jakieś pięć minut po planowanym czasie odjazdu autobusu.

Wjechaliśmy na dworzec i od razu dostrzegłem autobus, którego nie powinno już być. Okazało się, że miał 5 minut opóźnienia.

Paradoksalnie to kilkuminutowe spóźnienie autobusu okazało się moim największym sprzymierzeńcem. Kilka dodatkowych minut było jak doliczony czas gry – ten moment, w którym wszystko może się jeszcze wydarzyć. To była moja „ostatnia okazja do zdobycia zwycięskiej bramki”. Uścisk dłoni z kierowcą, bagaż wyjęty w mgnieniu oka, kilkanaście kroków sprintem i byłem w środku autobusu.

GPS najwyraźniej oglądał za dużo meczów Liverpoolu i nie uznaje spokojnych zakończeń.

Emocje do samego końca. Wiara mimo przeciwności. Pomoc czerwonego brata wtedy, kiedy była najbardziej potrzebna.

Brzmi znajomo?

Liverpool way.

To właśnie taka puenta, jaką lubią kibice The Reds – wiara i walka do ostatniej sekundy. Takie rzeczy zostają z człowiekiem na długo.

Obietnica spełniona

Otrzymałem od redaktora naczelnego zapewnienie, że na miejscu będą sami swoi. Byli.

Wracałem do domu z przekonaniem, że poznałem nie tylko redaktorów LFC.pl, ale przede wszystkim świetnych ludzi.

Chciałem zakończyć ten tekst efektownym zdaniem. Takim, które wywoła uśmiech, zapadnie w pamięć i będzie godną puentą całego weekendu. Ale skoro przez cały ten czas najważniejsi byli ludzie, to niech i na końcu będą właśnie oni.

Adrian, Dawid, Robert, Piotr, Bartek, Adam, Krystian, Tomasz, Sebastian… i Grzegorz. Ten, który miał szczęście być częścią tej historii i choć trochę ją dla Was nakreślić.

Jeśli ten tekst ma nieść ze sobą jakąś myśl, to właśnie tę: w tym klubie najważniejsi są ludzie, którzy chcą tu być. Ludzie, którzy sprawiają, że Liverpool jest czymś więcej niż klubem piłkarskim.

PS Jeśli chcecie być częścią takich opowieści, redakcja czeka na Wasze zgłoszenia. Szukamy przede wszystkim tłumaczy, którzy bardzo dobrze znają język angielski, reguły polskiej ortografii i gramatyki, a także mieć wolny czas i chęci. Chętnie zatrudnimy także felietonistów i inne utalentowane osoby, które chciałyby się pokazać Polsce na LFC.pl. Wiek kandydatów określamy na minimum 18 lat. Zgłoszenia wysyłajcie na [email protected].

Doceniasz naszą pracę? Postaw nam kawę! Postaw kawę LFC.pl!

Komentarze (1)

Gall1892 24.07.2026 19:38 #
Znajdę kiedyś jednego człowieka, któremu nie będzie przeszkadzał budzik grający piętnaście minut o 4 nad ranem, kiedy o 1:30 poszedłeś spać a ktoś ci odpowaida, że sam się wyłączy.

Znajdę i chętnie go poznam. xD

Pozostałe aktualności